wtorek, 29 maja 2012

...i jeszcze coś

Wow, dwa posty na dzień na blogu, którego odwiedzają 3 osoby raz na ruski rok! Ale nieważne, doceniam bardziej te 3 osoby, bardzo.
Przeprowadziłam się dzisiaj. Z pokoju do pokoju, ale jednak. ZNÓW chcieli mi wepchnąć jakiegoś faceta do pokoju (nie mają koleżanek czy jak?). Ale się już nie zgodziłam i mieszkam sama, w innym pokoju a chłopak z tego pokoju będzie mieszkał w moim "starym" z tym nowym kolesiem. Ładnie, pięknie, tylko... Tu nie ma telewizora :( Jak ja przeżyję miesiąc bez tv? No cóż... Może zacznę się uczyć do sesji czy coś... mam strasznie trudne kolokwium w poniedziałek, z OGROMNEJ ilości materiału, a jeszcze nie zaczęłam... Może to taki znak, jakaś siła wyższa mi to zrobiła bo stwierdziła: "Bez telewizora się nauczysz i zdasz!". OBY!

Nerwówka

Zbyt mało snu (nie z powodu nadmiaru zajęć a kochanej bezsenności), zbyt dużo zajęć na raz i parę innych dziwnych zjawisk składa się w tej chwili na moją osobę. Coś pomiędzy rozerwanym kawałkiem delikatnego materiału a wściekłym jeżozwierzem. Każdy ma swoje humorki, wiadomo, ale kiedy człowiek przestaje wytrzymywać sam ze sobą, to coś jest nie tak.
Mam w cholerę do zrobienia (krótki film, nauka na egzaminy, bieżące sprawy). Na całe moje nieszczęście niektóre rzeczy trzeba robić grupowo albo w parach. Moja para stała się okropna. Pewnie sama nie jestem bez winy, ale.. bez przesady.
Wstaję rano, pogodzona ze świadomością, że znów się nie wyspałam a wczorajsze zajęcia do reszty wyssały ze mnie energię, by dostać sms'a "Sorry, nie dam rady, załatw to sama". A kiedy zgłaszam co do tego jakieś obiekcje (chyba mam prawo się wkurzyć, nie?) to zostaje dodatkowo opierdolona, że stwarzam problemy <3
Wielkie fochy i rozżalenie, za to, że nazywam rzeczy po imieniu. Bo jak inaczej nazwać taką sytuację jak nie żałosną? Ale widocznie ktoś się poczuł winny, skoro wziął to do siebie. Chyba czasem jestem zbyt uległa i ludzie to potem wykorzystują. Nie wiem. Wiem, że czerwiec (już prawie jest, prawda? Prawda) będzie najgorszym miesiącem w moim życiu studenckim...
Do tego kłopoty z mieszkaniem i w domu...
Muszę poszukać nowego lokum, tu na miejscu, przez wakacje i znów się przeprowadzać. Oh, mam już dość. Ze złości chce mi się płakać a to już chyba taka straszna złość. Może histeryzuję? Pewnie tak. Ale naprawdę, kiedy człowiek ma dość samego siebie, jak ma jeszcze funkcjonować z innymi? No jak?

niedziela, 20 maja 2012

Frajwędruj Alicjo

Moja koleżanka i jednocześnie moje dziecko ma bloga. I właśnie teraz zapraszam was do czytania jej nowego opowiadania. Na pewno pisze 10 razy lepiej niż ja i ma "magiczny styl" - jak to określiła moja pani profesor z Wiedzy o Filmie aka Gośka.

http://frajwedruj.bloog.pl

Czytajcie, ok? Zachęcam, bardzo. BARDZO. Zróbcie jej taką małą przyjemność i napiszcie chociaż krótkie "ok" xD

A co do reszty mojego marniutkiego życia studentki... Sesja się zbliża, roboty... dużo a ja się najzwyczajniej w świecie obijam i endżojuje długie weekendy (zazdroście, moje weekendy maja teraz po 4 dni). Przede mną 4 mega trudne egzaminy a ja co robię? Oglądam seriale. How I met your mother, Big Bang Theory, Grey's Anatomy, Pierwsza Miłość, Rodzinka.pl... I w cholerę innych.
Tak, jestem leniwa.
A na dodatek wykorzystuję ludzi, żeby się lepiej poczuć (mam nadzieję, że ci ludzie tu nie zaglądają i nie zorientują się, że to o nich).
A tak w ogóle... Ma ktoś jakiś sposób, żeby choć troszeczkę pozbyć się tłuszczyka z bioderów? Nie dużo bo dużo to go raczej nie ma, ale troszeczkę. Zostałam poinformowana, że wyglądam ok tak jak wyglądam, ale sama z siebie wiem, gdzie mnie jest za dużo xD
Any ideas?
A i żeby nie było zbyt wymagające... Może jakieś małe machanie nogami czy coś? xD

niedziela, 13 maja 2012

Dieta

Wiadomo, zbliżają się wakacje, chodzimy ubrani coraz bardziej skąpo... I każdy by chciał ładnie wyglądać! Dlatego stwierdziłam już po raz kolejny, że zacznę ćwiczyć (oczywiście mi nie wyszło), więc może jednak jakaś dieta? I poszukałam jakichś tanich diet, z produktów dostępnych w zwykłym sklepie, bez wywalania kasy na jakieś wymyślne dania i straconego czasu na przygotowanie ich. I oto przeczytałam, że średnio, taka dieta powinna zawierać ok. 1200 kcal. Policzyłam sobie wtedy ile ja kalorii zjadam dziennie (na oko. Wiem, że na oko można i umrzeć, ale...). Okazało się, że zjadam właśnie około 1200 kcal kiedy jestem u siebie w mieszkaniu a nie w domu u mamy. Wiadomo, u mamy się zjada więcej! Ale tam jestem tylko na weekendy i to nie wszystkie. Skoro zjadam 1200 kcal, dlaczego nie chudnę? Musiałaby zacząć ćwiczyć. Mój organizm przyzwyczaił się już do takiej dawki kalorii i zwyczajnie przestał reagować. A mniej jeść nie zamierzam, za bardzo lubię jedzenie, żeby się głodzić!
Pozostaje mi więc jedynie rozpoczęcie jakichś ćwiczeń, przy których się zmęczę choć trochę. Bo joga raz w tygodniu to zdecydowanie za mało. Tam się w sumie tylko rozciągam, oczywiście jest parę ćwiczeń, które mogą się równać z wysiłkiem na siłowni, ale trwają krótko i tylko rozgrzewają. Może 20 brzuszków i 10 pompek (damskich, innych nie dam rady!) wystarczy, by troszkę schudnąć gdzieniegdzie, hm?

A tak z innej beczki... Mój współlokator się już wyprowadził. Wiem, że narzekałam, ale teraz mi troszkę pusto w pokoju i nikt mnie nie denerwuje, więc to ja denerwuję innych. Na koniec, wieczorem kiedy oglądaliśmy film, przyznał, że mam się na niego nie gniewać za to co robił, bo tylko się ze mną droczył. I podrywał. Szczery przynajmniej.