Zbyt mało snu (nie z powodu nadmiaru zajęć a kochanej bezsenności), zbyt dużo zajęć na raz i parę innych dziwnych zjawisk składa się w tej chwili na moją osobę. Coś pomiędzy rozerwanym kawałkiem delikatnego materiału a wściekłym jeżozwierzem. Każdy ma swoje humorki, wiadomo, ale kiedy człowiek przestaje wytrzymywać sam ze sobą, to coś jest nie tak.
Mam w cholerę do zrobienia (krótki film, nauka na egzaminy, bieżące sprawy). Na całe moje nieszczęście niektóre rzeczy trzeba robić grupowo albo w parach. Moja para stała się okropna. Pewnie sama nie jestem bez winy, ale.. bez przesady.
Wstaję rano, pogodzona ze świadomością, że znów się nie wyspałam a wczorajsze zajęcia do reszty wyssały ze mnie energię, by dostać sms'a "Sorry, nie dam rady, załatw to sama". A kiedy zgłaszam co do tego jakieś obiekcje (chyba mam prawo się wkurzyć, nie?) to zostaje dodatkowo opierdolona, że stwarzam problemy <3
Wielkie fochy i rozżalenie, za to, że nazywam rzeczy po imieniu. Bo jak inaczej nazwać taką sytuację jak nie żałosną? Ale widocznie ktoś się poczuł winny, skoro wziął to do siebie. Chyba czasem jestem zbyt uległa i ludzie to potem wykorzystują. Nie wiem. Wiem, że czerwiec (już prawie jest, prawda? Prawda) będzie najgorszym miesiącem w moim życiu studenckim...
Do tego kłopoty z mieszkaniem i w domu...
Muszę poszukać nowego lokum, tu na miejscu, przez wakacje i znów się przeprowadzać. Oh, mam już dość. Ze złości chce mi się płakać a to już chyba taka straszna złość. Może histeryzuję? Pewnie tak. Ale naprawdę, kiedy człowiek ma dość samego siebie, jak ma jeszcze funkcjonować z innymi? No jak?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz