środa, 27 czerwca 2012

P jak Pierdolenie, I jak Internet, czyli z powrotem u Mamusi

Wróciłam do domku! Wczoraj wieczorem. Of course, zapomniałam czegoś w starym mieszkaniu, ale już za późno na wspominanie. Zostawiłam tam dwa przedłużacze. Ale to nic. Kupię nowe.
Wczorajszy wieczór, właściwie do późna, zajęło mi rozpakowywanie ważniejszych rzeczy, dzisiaj do popołudnia rozpakowałam resztę, wysprzątałam pokój i mieszkanie (jak sprzątać to już całkiem). Wyczyściłam klatkę Zbysławowi. Swoją drogą, strasznie się za nią stęskniłam, ona za mną chyba też. Chociaż na początku troszkę jakby nie wierzyła, że ta ręka co sięga do klatki to ja. Ale już po chwili zaczepnie gryzła mnie w palce, żebym ją głaskała po brzuszku, boczkach i pod bródką, i za uszkiem, i po łebku... Wszędzie, gdzie tylko lubi! Potem zasypiając słodziutko mruczała coś pod wąsikami, opowiadając po swojemu.
A dzisiaj rano... Obudziłam się w pustym mieszkaniu (co się zdarza niezwykle rzadko, kiedy jestem w domu). Nie zdążyłam nawet niczego porządnie wciągnąć na grzbiet, kiedy ktoś zaczął się dobijać o tej wczesnej godzinie jaką była godzina 10:00. So... Otworzyłam. Panie wyznawczynie Jehowy. Nawciskały mi jakichś ulotek, mówiły o jakiejś konferencji, kiedy ja byłam jeszcze średnio przytomna. Ulotki wylądowały w koszu.
Do tego wpłukałam się totalnie z kasy dziś. Kupiłam router bezprzewodowy, bo wtykanie wtyczki do laptopa mnie ogromnie irytowało. Przyszedł pan, taki młodziutki (chociaż pewnie starszy ode mnie). Troche taka ciapa z niego. Zaczęły mu się trząść ręce, drżeć głosik i z deka miałam obawy, że się przewróci. Taki chudziutki był. No ale, nieważne. Internet mi miał naprawić. Założył routera, stronka mu się nie chciała załadować i chciał uciekać. Ale... PG mu nie pozwoliła. Oczywiście, nic nie wskórał, powiedział że to wina mojego laptopa, skasował pieniążki i poszedł.
Nawet nie możecie sobie wyobrazić tego, jak bardzo byłam zła.
Ale skończyło się dobrze.
Tak, sama naprawiłam.
Działa.
Nie wiem jak i jakim cudem, ale internet śmiga aż miło <3

Mam wakacje. Oficjalnie rozpoczęte. I równie oficjalnie PIERDOLĘ przyjaciół, którzy postanowili mnie olewać. Jeszcze sami przyjdą, a wtedy możliwe, że ja nie będę miała czasu.

Życzę wam miłych, pogodnych, ZDROWYCH, pełnych cudownych niespodzianek wakacji. Sobie też życzę. Zamierzam żyć po swojemu, w końcu kiedyś trzeba.




P.S.
Postanowiłam zrobić tatuaż... już bardzo dawno temu. Ale pomysł mam zupełnie nowy. I chociaż dowiedziałam się, że miejsce, w którym go chce, jest dość bolesne, to nic. Ktoś mi pomoże, pogruchotam komuś kostki w łapce, ale będę go mieć. Jak się odważę i zrobię... to pokażę xD
Trzymajcie kciuki!

poniedziałek, 25 czerwca 2012

sweet irony

Powinnam być szczęśliwa. Zdałam wszystkie egzaminy, zaliczyłam wszystkie zajęcia, oddałam indeks do dziekanatu, a jutro wracam do domu. Ale nie jestem.
Jest mi przeraźliwie smutno.
I nie wiem dlaczego.
Najchętniej zwinęłabym się w kulkę i płakała przez następny tydzień.
Dlaczego.
Nie wiem.
Potrzebuję się ogarnąć. Może wyjść do ludzi. Powygłupiać się. Przytulić do kogoś. Żeby ktoś mnie przytulił. Powinno być dobrze.
Oh God, why...
Jutro przyjeżdża mama, wracam do domu. Będę musiała się uśmiechać i w ogóle. Może to takie pożegnanie. Ten smutny nastrój. Pożegnanie ze smutną miną.
Niech to wszystko szlag trafi.
Zwalmy winę na hormonki i zmęczenie <3

piątek, 22 czerwca 2012

holidays i home, sweet home

Ok. Zdałam. Wszystkie egzaminy. Został mi jeszcze tylko egzaminowy film, który zrobiłam z koleżanką, ale myślę, że to też zdałam. Olać na jakie oceny. ALE ZROBIŁAM TO. Skończyłam pierwszy rok studiów, przeżyłam, bez większych kłopotów. Były wzloty i upadki, zwątpienia itd., ale ja już taka jestem. Poznałam kilku fajnych ludzi, doświadczyłam paru nowych rzeczy, troszkę się nauczyłam, usamodzielniłam.
A teraz mam zasłużone 3-miesięczne wakacje.
Wyprowadzamy się z mieszkania, reszta troszkę szybciej, ja dopiero we wtorek, więc będę miała wolną chatę. Zrobię sobie mega jednoosobową imprezę przez telewizorem i laptopem. Takkk... Paweł się już dzisiaj wynosi na stałe i będę mogła mieć znów telewizję, chociaż na te parę dni.
Oczywiście nowy odcinek się pisa i pisa i pisa... Dajcie mi odrobinkę czasu, ok? Dzięki.
No i muszę się spakować jeszcze i w ogóle. Ale już nie umiem się doczekać, aż przyjedzie po mnie mama i mnie stąd zabierze! Koniec okropnych naleśników z mikrofalówki i innych gotowych pierogów. Na samą myśl mi niedobrze.
Co do reszty... Wczoraj troszkę się pośmialiśmy. W gruncie rzeczy nie mieszkało się z nimi źle. Po tym, jak wysłuchiwałam historyjek o innych współlokatorach to moi byli mega. Ok, parę imprezek mi nie odpowiadało, to że się głośno zachowywali czasami, kiedy ja się musiałam uczyć albo iść wcześniej spać. I Roommate... Roommate też mi średnio odpowiadał, ale tak naprawdę - nie było przynajmniej beznadziejnie nudno.
A teraz czeka mnie kilkudniowy odpoczynek i... rozpoczynam praktyki. W radio. Och, mam nadzieję, że nie będzie jakoś strasznie czy coś. Jak na razie wszyscy tam wydawali się mili i przyjacielscy, ale kto tam ich wie. Będę musiała tam być miesiąc i no cóż... Robić wszystko, byleby zaliczyć te praktyki na dobrą ocenę. Ale mam nadzieję, że nie będzie źle, chociaż z moim szczęściem... No, nie ma co krakać!


P.S.
Kojarzycie piosenkę z reklamy Kia? Cudowna!


sobota, 16 czerwca 2012

Impreza

Hej, Hej, Hej... Wspominałam ostatnio o niepokojących ilościach alkoholu w naszej lodóweczce kochanej, prawda? Prawda.
Moja współlokatorka miała urodziny. I jak miałam odmówić. Ale pomyślałam, że tylko troszkę i powiem, że muszę się uczyć. Pfff... Nie wyszło.
Aczkolwiek, kiedy już poszłam spać a oni wrócili z jakiegoś klubu, wpadli na genialny pomysł, żeby zrobić mi kroplówkę. Co bym się nie odwodniła! Kochane stworki.
A to, że obudziłam się totalnie zimna i mokra, pływając w łóżku... To już inna sprawa.
Kroplówka polegała na napełnieniu woreczków śniadaniowych wodą i porobieniu w nich dziurek. Następnie wystarczy wrzucić śpiącemu delikwentowi taką kroplówkę do łóżka. Takkk...
Łóżko suszyło się cały dzień, a ja taka umierająca, nie miałam się nawet gdzie położyć. Ale przeżyłam! Jakaś 1/5 łóżka nie była mokra, więc tam sobie leżałam i czytałam książeczki, uporczywie ignorując wszelkie oznaki protestującego organizmu.
A teraz, zamiast się uczyć, znów siedzę na necie. Tumblr, facebook, gg, twitter, youtube...
A propos, Afromental mają nowy teledysk. Ktoś ich lubi? Nie? It's okay... Ja lubię! A piosenka jest po prostu boska. Słucham jej od jakichś... 5 godzin? Absolutnie fantastyczna. Łozo trochę się tam powywnętrzał, chyba że tylko ja to odbieram jako coś tak osobistego. Nie wiem. Może dlatego, że wiem o co chodzi, o! pewnie dlatego. No ale to nie zmienia faktu, że jest osobista ta piosenka. I pewnie to sprawia, że tak strasznie mi się spodobała.

Zatem! Mam nowe motto życiowe. Od dzisiaj. Dzięki Łozo!

I'll do what it takes to find the place where I can find the perfect harmony....

wtorek, 12 czerwca 2012

Karuzela

Dosłownie KARUZELA. Tak się ostatnio czuję. Trochę zakręcona, raz taka, a raz taka. Podziwiam ludzi, którzy ze mną wytrzymują.
Ale się wyrabiam, powoli, ciężko, ale daję radę.
Zrobiłam z koleżanką film na egzamin. To była masakra. Dwa dni biegania (ja zostałam "techniczną", czyli ludziem od brudnej roboty). Pech chciał, że pierwszego dnia było gorąco, a drugiego padało cały dzień. A ja biegałam. Bo to był film fotograficzny! No, fotograficzno-poklatkowy. Więc cały zamysł polegał na robieniu zdjęć tak, by po zmontowaniu imitowały choć trochę ruch. Więc biegałam tam i z powrotem, przestawiając rekwizyty o kilka centymetrów. Tak, 4 godziny. Po całym mieście. Ludzie się patrzyli, uśmiechali, zagadywali, żartowali... Nie było źle, całkiem śmiesznie. Ale po 4 godzinach nogi odmawiały posłuszeństwa, czułam się brudna i w ogóle... Ble. Ale zrobiłyśmy!
Kolejna porcja wrażeń - Mirelka.
Pani redaktor zapowiedziała kolokwium (dla niewtajemniczonych - coś jak test czy większy sprawdzian). Z 11 tematów. Każdy temat zawierał średnio od 30-60 stron tekstu, który trzeba było opracować. Siedziałam więc nad tym i czytałam, starałam się zapamiętywać... Cały długi weekend, ten z Bożym Ciałem. Nie pojechałam do domu, tylko siedziałam i czytałam. I co? Nie zdałam.
To chyba wtedy nastąpiła jakaś jedna wielka załamka, ale nie jestem pewna bo pamiętam to tak troszkę jak przez mgłę. W każdym razie moje załamki to nie takie płakanie w poduszkę. Na całe moje nieszczęście... Pech chciał, że wtedy padło na przyjaciela i to na nim się wyżyłam. Biedny. I potem było mi jeszcze gorzej. Ale! Pozbierałam się i wzięłam za naukę na poprawę u Mirelki.
Tym razem zdałam. Wczoraj. o 1.00 w nocy dowiedziałam się, że zdałam, więc w sumie już dzisiaj. Słodko.
Jutro mam egzamin, mam notatki, ale jeszcze się za nie nie wzięłam. Zamiast tego użalam się nad rozciętym palcem. Należę do tych mdlejących na widok krwi. Dla uspokojenia stwierdziłam, że walnę notkę, a co.
Tylko... Niepokoją mnie ilości alkoholu w naszej studenckiej lodówce. Jeśli oni (czyt. współlokatorzy), planują jakąś imprezę w sesji, to chyba ich uduszę. Czekają mnie jeszcze 3 egzaminy, jeden średni i dwa trudne. Proszę o nierobienie imprez!
Ach, i jeszcze... Opowiadanie... Dodam nowy part chyba dopiero po sesji. Mam go w głowie tylko, niestety. Dlatego nie dam rady szybciej. Ale jak zdam egzaminy, wróci mi chęć do życia i siły witalne to od razu biorę się za pisanie i postowanie.



A tymczasem... Wish me luck.
Reszcie braci studenckiej też życzę szczęścia i wytrwałości, tej braci niestudenckiej również życzę wszystkiego dobrego z ocenami, szkołami, testami...
:)