Oni nie rozumieją tego w urodzinach i nigdy ci tego nie powiedzą, że kiedy masz jedenaście lat, masz również dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa lata i rok. I kiedy budzisz się w swoje jedenaste urodziny oczekujesz czuć się jedenastolatkiem, ale tak nie jest. Otwierasz oczy i wszystko jest tak samo jak wczoraj, poza tym, że jest dzisiaj. I w ogóle nie czujesz się jedenastolatkiem. Wciąż czujesz się jakbyś miał dziesięć lat. I jesteś - pod tymi wszystkimi latami, które sprawiają, że masz jedenaście lat.
W niektóre dni możesz powiedzieć coś głupiego i to część ciebie, która wciąż ma dziesięć lat. Albo może kiedyś będziesz potrzebował, by usiąść mamie na kolanach, bo będziesz przestraszony i to część ciebie, która ma pięć lat. I może pewnego dnia, gdy będziesz już zupełnie dorosły, może będziesz potrzebował płakać jak trzylatek, ale to dobrze. Właśnie to mówię mamie, gdy jest smutna i chce jej się płakać. Może czuje się jak trzylatka.
Ponieważ sposób w jaki dorastasz jest podobny do cebuli albo słojów w środku drzewa albo do tych drewnianych laleczek, które się nakładają jedną na drugą. Tak właśnie wygląda bycie jedenastolatkiem.
Nie czujesz się jak jedenastolatek. Nie od razu. Zajmuje to kilka dni, może tygodni a nawet miesięcy zanim powiesz Jedenaście, gdy spytają cię o wiek. I nie czujesz się mądry jak jedenastolatek, nie dopóki nie przyjdą twoje dwunaste urodziny. Tak właśnie to jest.
sobota, 29 grudnia 2012
Urodziny
Miałam niedawno urodziny, takie okrągłe i naprawdę poczułam się staro. Ale potem pomyślałam, że to nie numer określa nasz wiek, przynajmniej nie ten psychologiczny i znów poczułam się sobą. Nieważne więc które urodziny właśnie mamy, ważne na ile się czujemy!
niedziela, 25 listopada 2012
Weakness
Tak naprawdę nigdy się nie zakochiwałam. Czasem jakieś małe "kocham cię" wymykało się mimowolnie z moich ust. Ale nie mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że kochałam prawdziwie.
A Ty?
Pytasz, czy wszystko u mnie w porządku. Nie mam na to odpowiedzi, ale mówię, że jest dobrze. Potem mówisz, że mnie kochasz, a ja odwdzięczam się tym samym, uśmiechając się pod nosem. Przecież nie ma nic lepszego niż bycie kochanym. Ale potem nie ma Cię w pobliżu i uśmiech momentalnie spływa z moich ust. Przychodzą wszystkie wątpliwości. Nie miej mi za złe, że czasem jestem zbyt zaborcza. To dlatego, że wciąż nie potrafię uwierzyć. I nie gniewaj się kiedy jestem opryskliwa. Chciałabym żeby było dobrze, a za każdym razem mi się nie udaje.
Ludzie, którzy nie kochają siebie nie są w stanie pokochać innych. Bo "kochać" to dawać komuś swoją miłość. Dzielić się tym specjalnym uczuciem z drugą osobą. Dzielić się cząstką siebie.
Może po prostu nie nauczyłam się kochać. Nie miałam okazji do tego, nikt mi nigdy nie pokazał jak to robić.
Patrzysz na mnie pytająco, chcesz zrozumieć. Ale ja sama nie rozumiem. To skomplikowane, powtarzam kolejny raz. Boję się, że nie wystarczy Ci cierpliwości. A kiedy myślę o tym, że mogłabym już nigdy nie usłyszeć Twojego "kocham cię", czuję jakby ktoś zaciskał ciasną obręcz na mojej szyi. Jesteś moim powietrzem, potrzebuję Cię.
Jeszcze niedawno na pytanie o to, co dla mnie brzmi najpiękniej, wymieniłabym jedną ze swoich ulubionych piosenek. Teraz bez wahania, jednym tchem, powiedziałabym, że to ten śmiech. Gdyby ktoś pół roku temu zapytał o mój ulubiony kolor, odruchowo wymieniłabym jakiś odcień. Dzisiaj to kolor tych oczu. Moją ulubioną fakturą stała się Twoja skóra. Moim ulubionym zapachem jest Twój zapach. Jesteś moim Ulubionym.
Nikt mnie nie rozśmiesza tak jak Ty. Z nikim nie dzielę tylu sekretów. Nikt nie wydaje mi się tak idealny. Idealny dla mnie. Nikt nie wywołuje u mnie tylu skrajnych emocji. O nikogo się tak nie martwię, kiedy coś jest nie tak. Na nikim mi tak nie zależy, jak na Tobie.
Ktoś powiedział, że to nie jest prawdziwe.
...wymyśliłam to?
Mogę tęsknić za wszystkim co powiedziałeś. Nie wiem jak zrobić to wszystko po swojemu. I nie chciałam pokazać słabości w odpuszczaniu. Miałeś mnie naprawić. Potrafiłeś odpędzić wszystko co złe, obronić mnie. Powiedziałeś, że nie odejdziesz, pamiętasz? Można stwierdzić, że nie miałeś do tego serca.
Naprawdę wolałam być sama?
Zmieniłam zdanie...
A Ty?
Pytasz, czy wszystko u mnie w porządku. Nie mam na to odpowiedzi, ale mówię, że jest dobrze. Potem mówisz, że mnie kochasz, a ja odwdzięczam się tym samym, uśmiechając się pod nosem. Przecież nie ma nic lepszego niż bycie kochanym. Ale potem nie ma Cię w pobliżu i uśmiech momentalnie spływa z moich ust. Przychodzą wszystkie wątpliwości. Nie miej mi za złe, że czasem jestem zbyt zaborcza. To dlatego, że wciąż nie potrafię uwierzyć. I nie gniewaj się kiedy jestem opryskliwa. Chciałabym żeby było dobrze, a za każdym razem mi się nie udaje.
Ludzie, którzy nie kochają siebie nie są w stanie pokochać innych. Bo "kochać" to dawać komuś swoją miłość. Dzielić się tym specjalnym uczuciem z drugą osobą. Dzielić się cząstką siebie.
Może po prostu nie nauczyłam się kochać. Nie miałam okazji do tego, nikt mi nigdy nie pokazał jak to robić.
Patrzysz na mnie pytająco, chcesz zrozumieć. Ale ja sama nie rozumiem. To skomplikowane, powtarzam kolejny raz. Boję się, że nie wystarczy Ci cierpliwości. A kiedy myślę o tym, że mogłabym już nigdy nie usłyszeć Twojego "kocham cię", czuję jakby ktoś zaciskał ciasną obręcz na mojej szyi. Jesteś moim powietrzem, potrzebuję Cię.
Jeszcze niedawno na pytanie o to, co dla mnie brzmi najpiękniej, wymieniłabym jedną ze swoich ulubionych piosenek. Teraz bez wahania, jednym tchem, powiedziałabym, że to ten śmiech. Gdyby ktoś pół roku temu zapytał o mój ulubiony kolor, odruchowo wymieniłabym jakiś odcień. Dzisiaj to kolor tych oczu. Moją ulubioną fakturą stała się Twoja skóra. Moim ulubionym zapachem jest Twój zapach. Jesteś moim Ulubionym.
Nikt mnie nie rozśmiesza tak jak Ty. Z nikim nie dzielę tylu sekretów. Nikt nie wydaje mi się tak idealny. Idealny dla mnie. Nikt nie wywołuje u mnie tylu skrajnych emocji. O nikogo się tak nie martwię, kiedy coś jest nie tak. Na nikim mi tak nie zależy, jak na Tobie.
Ktoś powiedział, że to nie jest prawdziwe.
...wymyśliłam to?
Mogę tęsknić za wszystkim co powiedziałeś. Nie wiem jak zrobić to wszystko po swojemu. I nie chciałam pokazać słabości w odpuszczaniu. Miałeś mnie naprawić. Potrafiłeś odpędzić wszystko co złe, obronić mnie. Powiedziałeś, że nie odejdziesz, pamiętasz? Można stwierdzić, że nie miałeś do tego serca.
Naprawdę wolałam być sama?
Zmieniłam zdanie...
niedziela, 28 października 2012
Kocham Cię
kocham cię.
kocham cię znaczy, że zawsze będę cię kochała. że kochałam cię przedtem. że kocham cię teraz. że będę cię kochać potem. kocham cię znaczy, że kochałam cię zanim to słowo zostało zdefiniowane. zanim życie istniało. to znaczy, że będę cię kochać kiedy ziemia będzie tylko tylko gwiezdnym pyłem rozproszonym po całym nieskończonym kosmosie. kocham cię znaczy, że jesteś odczuwalny, nie tylko słyszany. że istniejesz za moimi oczami i w mojej piersi. kocham cię znaczy, że kocham cię takiego jakim jesteś, jakim będziesz i jakim byłeś. to znaczy, że kocham to co robisz i to co mówisz. kocham cię znaczy, że twoje porażki i sukcesy są jednym i tym samym. kocham cię znaczy, że zmarszczki i szarości są tym samym co porcelana i brąz. kocham cię znaczy, że kocham siebie. bo jesteś częścią mnie i kocham cię wszędzie i wszystko czym jesteś. kocham cię oznacza zostawianie świata naokoło nas w ogniu krzyżowym. kocham cię znaczy, że możemy spłonąć... ale że wolelibyśmy raczej spłonąć niż żyć bez świadomości jak to jest być ogrzanymi. kocham cię znaczy, że nie odpuszczę... że trwałam zanim wiedziałam jak trwać. kocham cię znaczy, że jestem przygotowana do swobodnego spadania... ale nigdy przygotowana do lądowania. kocham cię znaczy, że nigdy świadomie nie zadam ci bólu... ale jeśli z jakiegoś powodu to zrobię... będę cierpieć z tobą dopóki to nie minie. kocham cię znaczy, że nie będzie nikogo innego. kocham cię znaczy, że nigdy nikogo innego nie było. kocham cię oznacza moment. kocham cię oznacza życie. kocham cię nie jest dwoma prostymi słowami... to każde słowo jakie kiedykolwiek wypowiedziałam, od kiedy twoje oczy spotkały moje.
kocham cię.
kocham cię znaczy, że zawsze będę cię kochała. że kochałam cię przedtem. że kocham cię teraz. że będę cię kochać potem. kocham cię znaczy, że kochałam cię zanim to słowo zostało zdefiniowane. zanim życie istniało. to znaczy, że będę cię kochać kiedy ziemia będzie tylko tylko gwiezdnym pyłem rozproszonym po całym nieskończonym kosmosie. kocham cię znaczy, że jesteś odczuwalny, nie tylko słyszany. że istniejesz za moimi oczami i w mojej piersi. kocham cię znaczy, że kocham cię takiego jakim jesteś, jakim będziesz i jakim byłeś. to znaczy, że kocham to co robisz i to co mówisz. kocham cię znaczy, że twoje porażki i sukcesy są jednym i tym samym. kocham cię znaczy, że zmarszczki i szarości są tym samym co porcelana i brąz. kocham cię znaczy, że kocham siebie. bo jesteś częścią mnie i kocham cię wszędzie i wszystko czym jesteś. kocham cię oznacza zostawianie świata naokoło nas w ogniu krzyżowym. kocham cię znaczy, że możemy spłonąć... ale że wolelibyśmy raczej spłonąć niż żyć bez świadomości jak to jest być ogrzanymi. kocham cię znaczy, że nie odpuszczę... że trwałam zanim wiedziałam jak trwać. kocham cię znaczy, że jestem przygotowana do swobodnego spadania... ale nigdy przygotowana do lądowania. kocham cię znaczy, że nigdy świadomie nie zadam ci bólu... ale jeśli z jakiegoś powodu to zrobię... będę cierpieć z tobą dopóki to nie minie. kocham cię znaczy, że nie będzie nikogo innego. kocham cię znaczy, że nigdy nikogo innego nie było. kocham cię oznacza moment. kocham cię oznacza życie. kocham cię nie jest dwoma prostymi słowami... to każde słowo jakie kiedykolwiek wypowiedziałam, od kiedy twoje oczy spotkały moje.
kocham cię.
niedziela, 16 września 2012
Sprzeczności
Tak się zastanawiałam, czy tylko ja tak mam czy nie tylko ja... A mianowicie czasem jest tak, że niesamowicie nie mogę się doczekać czegoś, bo to coś ma jedną, małą wspaniałą rzecz, ale z drugiej strony niesie ze sobą mnóstwo innych rzeczy, które już nie są takie fajne. Na przykład w tej chwili nie potrafię się doczekać wyprowadzki, ale to znów niesie ze sobą naukę, samodzielność i w cholerę obowiązków. Albo inny przykład - zima. Uwielbiam zimę. Są piękne wieczory, można leżeć pod kocem z kubkiem ciepłej herbaty, ubierać te wszystkie ciepłe i miękkie sweterki, patrzeć na śnieg, Uroczo i słodko. Ale znów są minusy - mrozy, śnieżyce, plucha, przeziębienie i zmarznięte nosy i palce. I tak mam chyba ze wszystkim na tym świecie. Tak, wiem, to się nazywa "Problemy XXI Wieku", ale ostatnio doprowadza mnie to do szału i nie mogę nic na to poradzić. Pewnie tylko ja tak mam, huh...
niedziela, 9 września 2012
Quick update
Nie było mnie tutaj WIEKI. To znaczy nie żeby ktoś to czytał, ale chodzi o ogólne zachowanie ciągłości czegokolwiek w moim życiu. Prawda jest taka, że totalnie nie miałam na nic ochoty i to jest przykre i egoistyczne, ale już taka jestem. Nie mam dużo czasu (zaraz leci MBTM, a ja uwielbiam marnować czas), więc pomyślałam, że napiszę coś na szybko.
Praktyki w radiu dawno się skończyły, były cudowne. Przez cudowne mam na myśli to, że naprawdę mi się podobało, chociaż wstawanie rano i praca (taaaaaak, jestem lenieeeeem) były dla mnie wyzwaniem, ale dałam radę. To z tych przyjemnych rzeczy.
Z nieprzyjemnych... W te wakacje wydałam nieco ponad 1000 zł. I nie, nie na zakupy, wypasione wakacje z przyjaciółmi czy przyjemności. Na cholerne "przed sądowe wezwanie do zapłaty". I to by było tyle, jeśli chodzi o udany wypoczynek. Wszystko przez głupotę ludzką. I nie mówię, że byłam bez winy. Ale tak do końca to po prostu nie miałam innego wyboru, jak postąpić jak reszta. Zostałam demokratycznie przegłosowana. Takie skutki... Ale nic, mam nadzieję, że wszystko się ułoży. Powinno.
Mam nowe mieszkanko, to znaczy pokój, tylko jeszcze nie wiem czy sama, czy ze współlokatorką. Okaże się, chyba wolałabym sama, ale ze współlokatorką wyjdzie taniej, a ja jak przystało na studentkę, kasy nie mam praktycznie w ogóle.
Ach, opowiadanie. Utknęłam, tak cholernie źle i nie wiem jak wybrnąć. Potrzebuję troszkę czasu, ale chyba dam radę, prawda? Zawsze daję to teraz też sobie poradzę.
Update z mojego nudnego życia.
KTOŚ bezczelnie spytał się mnie o to, czy moja orientacja seksualna jest "normalna". Szczęka opadła mi do ziemi, a kiedy ją pozbierałam już i poskładałam swoją twarz, spojrzałam na tego Ktosia z najszczerszym uśmiechem na jaki mogłam się zdobyć. "Oczywiście, że normalna". Ktoś się ucieszył, twierdząc że jakbym jednak wolała dziewczyny, to by mnie z tego wyleczył. Jak to miałam zrozumieć?
W tym momencie moja tolerancyjna matka również przeszła na ciemną stronę mocy i przy każdej możliwej okazji, mamrocze mi coś o "zboczeńcach".
Don't wanna live on this planet anymore...
Hmm... Całe wakacje przesiedziałam praktycznie w domu (brak kasy), pogoda była do dupy, przyjaciele okazali się okropni. Za niedługo zaczyna mi się znów nauka i skończy się opierdalanie. To smutne.
No i jeszcze mogę powiedzieć, że dzisiaj odkryłam Danisnotonfire (tak, jestem szybka) i zakochałam się w nim. Polecam, śmiałam się pół dnia z jego filmików na youtube.
Tym miłym akcentem żegnam.
Wish me luck.
I weny.
I całej reszty dobrych rzeczy...
Praktyki w radiu dawno się skończyły, były cudowne. Przez cudowne mam na myśli to, że naprawdę mi się podobało, chociaż wstawanie rano i praca (taaaaaak, jestem lenieeeeem) były dla mnie wyzwaniem, ale dałam radę. To z tych przyjemnych rzeczy.
Z nieprzyjemnych... W te wakacje wydałam nieco ponad 1000 zł. I nie, nie na zakupy, wypasione wakacje z przyjaciółmi czy przyjemności. Na cholerne "przed sądowe wezwanie do zapłaty". I to by było tyle, jeśli chodzi o udany wypoczynek. Wszystko przez głupotę ludzką. I nie mówię, że byłam bez winy. Ale tak do końca to po prostu nie miałam innego wyboru, jak postąpić jak reszta. Zostałam demokratycznie przegłosowana. Takie skutki... Ale nic, mam nadzieję, że wszystko się ułoży. Powinno.
Mam nowe mieszkanko, to znaczy pokój, tylko jeszcze nie wiem czy sama, czy ze współlokatorką. Okaże się, chyba wolałabym sama, ale ze współlokatorką wyjdzie taniej, a ja jak przystało na studentkę, kasy nie mam praktycznie w ogóle.
Ach, opowiadanie. Utknęłam, tak cholernie źle i nie wiem jak wybrnąć. Potrzebuję troszkę czasu, ale chyba dam radę, prawda? Zawsze daję to teraz też sobie poradzę.
Update z mojego nudnego życia.
KTOŚ bezczelnie spytał się mnie o to, czy moja orientacja seksualna jest "normalna". Szczęka opadła mi do ziemi, a kiedy ją pozbierałam już i poskładałam swoją twarz, spojrzałam na tego Ktosia z najszczerszym uśmiechem na jaki mogłam się zdobyć. "Oczywiście, że normalna". Ktoś się ucieszył, twierdząc że jakbym jednak wolała dziewczyny, to by mnie z tego wyleczył. Jak to miałam zrozumieć?
W tym momencie moja tolerancyjna matka również przeszła na ciemną stronę mocy i przy każdej możliwej okazji, mamrocze mi coś o "zboczeńcach".
Don't wanna live on this planet anymore...
Hmm... Całe wakacje przesiedziałam praktycznie w domu (brak kasy), pogoda była do dupy, przyjaciele okazali się okropni. Za niedługo zaczyna mi się znów nauka i skończy się opierdalanie. To smutne.
No i jeszcze mogę powiedzieć, że dzisiaj odkryłam Danisnotonfire (tak, jestem szybka) i zakochałam się w nim. Polecam, śmiałam się pół dnia z jego filmików na youtube.
Tym miłym akcentem żegnam.
Wish me luck.
I weny.
I całej reszty dobrych rzeczy...
piątek, 6 lipca 2012
me being me
Właśnie dzisiaj, o 13.00 zaczął mi się weekend. Myślałam "byle do piątku". Fakt, są wakacje, wiem, pamiętam. Ale ja mam praktyki. Od tygodnia wstaję o 7.00 żeby na 9.00 być w siedzibie radia, zasiąść w fotelu i do 10.00 przeglądać gazety. W życiu nie naczytałam się tyle Wyborczej, Dziennika Zachodniego i innych szarych gazet. Potem siadamy do komputerów i redagujemy. Co redagujemy? Różnie. Czasem się trafi coś z policji, czasem coś o pociągach, czasem o jakichś imprezach i innych wydarzeniach z regionu. Potem czytamy na głos, poprawiamy i znów czytamy i znów poprawiamy... W sumie tak mi minął tydzień. Ale dzisiaj wysłali nas (mnie i jeszcze jednego chłopaka) na miasto, w celu zrobienia sondy. Na rynku postawili kurtynę wodną (dla niewtajemniczonych - wygląda jak zraszacz do trawy i pryska wodą, żeby się ludzie i dzieci mogli ochłodzić w te upały). Mieliśmy się dowiedzieć czy się podoba mieszkańcom. Ano podoba się. Tylko że bieganie z mikrofonem po mieście w TAKI upał jest zabójcze. Ale przeżyłam.
Popołudnia zazwyczaj spędzam na ogródku na kocyku, od czasu do czasu wskakując do basenu. No, trochę mnie opaliło... Na szczęście bez zbędnych oparzeń, jedynie raz mnie coś tam poswędziało i zaczerwieniło się, ale na drugi dzień było już normalnie.
Rozdział do opowiadania się pisze, wolno bo wolno, ale zawsze to coś. Jest tak ciepło, że mi się nic nie chce, dlatego załapuje takie poślizgi.
Praca w radiu jest fajna - mam wiadomości z pierwszej ręki i wiem zanim inni wiedzą. Ludzie nawet chętnie odpowiadają, kiedy nikt ich nie nagrywa żadną kamerą ani niczym innym. Pisanie notek też nie jest złe. Po napisaniu pierwszej (dodam - nieudanej), dzisiaj napisałam notkę "idealną", nic nie trzeba było poprawiać. Dodam, że to notki, które trzeba czytać w wiadomościach radiowych, więc są krótkie i wyłuszczają tylko najważniejsze fakty. Nieśmiertelne "Więcej szczegółów na portalu radia 90" chyba do końca zostanie mi w głowie.
Ach, zapomniałabym. W jednym dniu, a raczej nocy, śniłam się trzem osobom. Przypadek? Mam nadzieję! To było z tych weird rzeczy. Jakieś Paranormal Activity czy coś?:)
środa, 27 czerwca 2012
P jak Pierdolenie, I jak Internet, czyli z powrotem u Mamusi
Wróciłam do domku! Wczoraj wieczorem. Of course, zapomniałam czegoś w starym mieszkaniu, ale już za późno na wspominanie. Zostawiłam tam dwa przedłużacze. Ale to nic. Kupię nowe.
Wczorajszy wieczór, właściwie do późna, zajęło mi rozpakowywanie ważniejszych rzeczy, dzisiaj do popołudnia rozpakowałam resztę, wysprzątałam pokój i mieszkanie (jak sprzątać to już całkiem). Wyczyściłam klatkę Zbysławowi. Swoją drogą, strasznie się za nią stęskniłam, ona za mną chyba też. Chociaż na początku troszkę jakby nie wierzyła, że ta ręka co sięga do klatki to ja. Ale już po chwili zaczepnie gryzła mnie w palce, żebym ją głaskała po brzuszku, boczkach i pod bródką, i za uszkiem, i po łebku... Wszędzie, gdzie tylko lubi! Potem zasypiając słodziutko mruczała coś pod wąsikami, opowiadając po swojemu.
A dzisiaj rano... Obudziłam się w pustym mieszkaniu (co się zdarza niezwykle rzadko, kiedy jestem w domu). Nie zdążyłam nawet niczego porządnie wciągnąć na grzbiet, kiedy ktoś zaczął się dobijać o tej wczesnej godzinie jaką była godzina 10:00. So... Otworzyłam. Panie wyznawczynie Jehowy. Nawciskały mi jakichś ulotek, mówiły o jakiejś konferencji, kiedy ja byłam jeszcze średnio przytomna. Ulotki wylądowały w koszu.
Do tego wpłukałam się totalnie z kasy dziś. Kupiłam router bezprzewodowy, bo wtykanie wtyczki do laptopa mnie ogromnie irytowało. Przyszedł pan, taki młodziutki (chociaż pewnie starszy ode mnie). Troche taka ciapa z niego. Zaczęły mu się trząść ręce, drżeć głosik i z deka miałam obawy, że się przewróci. Taki chudziutki był. No ale, nieważne. Internet mi miał naprawić. Założył routera, stronka mu się nie chciała załadować i chciał uciekać. Ale... PG mu nie pozwoliła. Oczywiście, nic nie wskórał, powiedział że to wina mojego laptopa, skasował pieniążki i poszedł.
Nawet nie możecie sobie wyobrazić tego, jak bardzo byłam zła.
Ale skończyło się dobrze.
Tak, sama naprawiłam.
Działa.
Nie wiem jak i jakim cudem, ale internet śmiga aż miło <3
Mam wakacje. Oficjalnie rozpoczęte. I równie oficjalnie PIERDOLĘ przyjaciół, którzy postanowili mnie olewać. Jeszcze sami przyjdą, a wtedy możliwe, że ja nie będę miała czasu.
Życzę wam miłych, pogodnych, ZDROWYCH, pełnych cudownych niespodzianek wakacji. Sobie też życzę. Zamierzam żyć po swojemu, w końcu kiedyś trzeba.
P.S.
Postanowiłam zrobić tatuaż... już bardzo dawno temu. Ale pomysł mam zupełnie nowy. I chociaż dowiedziałam się, że miejsce, w którym go chce, jest dość bolesne, to nic. Ktoś mi pomoże, pogruchotam komuś kostki w łapce, ale będę go mieć. Jak się odważę i zrobię... to pokażę xD
Trzymajcie kciuki!
Wczorajszy wieczór, właściwie do późna, zajęło mi rozpakowywanie ważniejszych rzeczy, dzisiaj do popołudnia rozpakowałam resztę, wysprzątałam pokój i mieszkanie (jak sprzątać to już całkiem). Wyczyściłam klatkę Zbysławowi. Swoją drogą, strasznie się za nią stęskniłam, ona za mną chyba też. Chociaż na początku troszkę jakby nie wierzyła, że ta ręka co sięga do klatki to ja. Ale już po chwili zaczepnie gryzła mnie w palce, żebym ją głaskała po brzuszku, boczkach i pod bródką, i za uszkiem, i po łebku... Wszędzie, gdzie tylko lubi! Potem zasypiając słodziutko mruczała coś pod wąsikami, opowiadając po swojemu.
A dzisiaj rano... Obudziłam się w pustym mieszkaniu (co się zdarza niezwykle rzadko, kiedy jestem w domu). Nie zdążyłam nawet niczego porządnie wciągnąć na grzbiet, kiedy ktoś zaczął się dobijać o tej wczesnej godzinie jaką była godzina 10:00. So... Otworzyłam. Panie wyznawczynie Jehowy. Nawciskały mi jakichś ulotek, mówiły o jakiejś konferencji, kiedy ja byłam jeszcze średnio przytomna. Ulotki wylądowały w koszu.
Do tego wpłukałam się totalnie z kasy dziś. Kupiłam router bezprzewodowy, bo wtykanie wtyczki do laptopa mnie ogromnie irytowało. Przyszedł pan, taki młodziutki (chociaż pewnie starszy ode mnie). Troche taka ciapa z niego. Zaczęły mu się trząść ręce, drżeć głosik i z deka miałam obawy, że się przewróci. Taki chudziutki był. No ale, nieważne. Internet mi miał naprawić. Założył routera, stronka mu się nie chciała załadować i chciał uciekać. Ale... PG mu nie pozwoliła. Oczywiście, nic nie wskórał, powiedział że to wina mojego laptopa, skasował pieniążki i poszedł.
Nawet nie możecie sobie wyobrazić tego, jak bardzo byłam zła.
Ale skończyło się dobrze.
Tak, sama naprawiłam.
Działa.
Nie wiem jak i jakim cudem, ale internet śmiga aż miło <3
Mam wakacje. Oficjalnie rozpoczęte. I równie oficjalnie PIERDOLĘ przyjaciół, którzy postanowili mnie olewać. Jeszcze sami przyjdą, a wtedy możliwe, że ja nie będę miała czasu.
Życzę wam miłych, pogodnych, ZDROWYCH, pełnych cudownych niespodzianek wakacji. Sobie też życzę. Zamierzam żyć po swojemu, w końcu kiedyś trzeba.
P.S.
Postanowiłam zrobić tatuaż... już bardzo dawno temu. Ale pomysł mam zupełnie nowy. I chociaż dowiedziałam się, że miejsce, w którym go chce, jest dość bolesne, to nic. Ktoś mi pomoże, pogruchotam komuś kostki w łapce, ale będę go mieć. Jak się odważę i zrobię... to pokażę xD
Trzymajcie kciuki!
poniedziałek, 25 czerwca 2012
sweet irony
Powinnam być szczęśliwa. Zdałam wszystkie egzaminy, zaliczyłam wszystkie zajęcia, oddałam indeks do dziekanatu, a jutro wracam do domu. Ale nie jestem.
Jest mi przeraźliwie smutno.
I nie wiem dlaczego.
Najchętniej zwinęłabym się w kulkę i płakała przez następny tydzień.
Dlaczego.
Nie wiem.
Potrzebuję się ogarnąć. Może wyjść do ludzi. Powygłupiać się. Przytulić do kogoś. Żeby ktoś mnie przytulił. Powinno być dobrze.
Oh God, why...
Jutro przyjeżdża mama, wracam do domu. Będę musiała się uśmiechać i w ogóle. Może to takie pożegnanie. Ten smutny nastrój. Pożegnanie ze smutną miną.
Niech to wszystko szlag trafi.
Zwalmy winę na hormonki i zmęczenie <3
Jest mi przeraźliwie smutno.
I nie wiem dlaczego.
Najchętniej zwinęłabym się w kulkę i płakała przez następny tydzień.
Dlaczego.
Nie wiem.
Potrzebuję się ogarnąć. Może wyjść do ludzi. Powygłupiać się. Przytulić do kogoś. Żeby ktoś mnie przytulił. Powinno być dobrze.
Oh God, why...
Jutro przyjeżdża mama, wracam do domu. Będę musiała się uśmiechać i w ogóle. Może to takie pożegnanie. Ten smutny nastrój. Pożegnanie ze smutną miną.
Niech to wszystko szlag trafi.
Zwalmy winę na hormonki i zmęczenie <3
piątek, 22 czerwca 2012
holidays i home, sweet home
Ok. Zdałam. Wszystkie egzaminy. Został mi jeszcze tylko egzaminowy film, który zrobiłam z koleżanką, ale myślę, że to też zdałam. Olać na jakie oceny. ALE ZROBIŁAM TO. Skończyłam pierwszy rok studiów, przeżyłam, bez większych kłopotów. Były wzloty i upadki, zwątpienia itd., ale ja już taka jestem. Poznałam kilku fajnych ludzi, doświadczyłam paru nowych rzeczy, troszkę się nauczyłam, usamodzielniłam.
A teraz mam zasłużone 3-miesięczne wakacje.
Wyprowadzamy się z mieszkania, reszta troszkę szybciej, ja dopiero we wtorek, więc będę miała wolną chatę. Zrobię sobie mega jednoosobową imprezę przez telewizorem i laptopem. Takkk... Paweł się już dzisiaj wynosi na stałe i będę mogła mieć znów telewizję, chociaż na te parę dni.
Oczywiście nowy odcinek się pisa i pisa i pisa... Dajcie mi odrobinkę czasu, ok? Dzięki.
No i muszę się spakować jeszcze i w ogóle. Ale już nie umiem się doczekać, aż przyjedzie po mnie mama i mnie stąd zabierze! Koniec okropnych naleśników z mikrofalówki i innych gotowych pierogów. Na samą myśl mi niedobrze.
Co do reszty... Wczoraj troszkę się pośmialiśmy. W gruncie rzeczy nie mieszkało się z nimi źle. Po tym, jak wysłuchiwałam historyjek o innych współlokatorach to moi byli mega. Ok, parę imprezek mi nie odpowiadało, to że się głośno zachowywali czasami, kiedy ja się musiałam uczyć albo iść wcześniej spać. I Roommate... Roommate też mi średnio odpowiadał, ale tak naprawdę - nie było przynajmniej beznadziejnie nudno.
A teraz czeka mnie kilkudniowy odpoczynek i... rozpoczynam praktyki. W radio. Och, mam nadzieję, że nie będzie jakoś strasznie czy coś. Jak na razie wszyscy tam wydawali się mili i przyjacielscy, ale kto tam ich wie. Będę musiała tam być miesiąc i no cóż... Robić wszystko, byleby zaliczyć te praktyki na dobrą ocenę. Ale mam nadzieję, że nie będzie źle, chociaż z moim szczęściem... No, nie ma co krakać!
P.S.
Kojarzycie piosenkę z reklamy Kia? Cudowna!
A teraz mam zasłużone 3-miesięczne wakacje.
Wyprowadzamy się z mieszkania, reszta troszkę szybciej, ja dopiero we wtorek, więc będę miała wolną chatę. Zrobię sobie mega jednoosobową imprezę przez telewizorem i laptopem. Takkk... Paweł się już dzisiaj wynosi na stałe i będę mogła mieć znów telewizję, chociaż na te parę dni.
Oczywiście nowy odcinek się pisa i pisa i pisa... Dajcie mi odrobinkę czasu, ok? Dzięki.
No i muszę się spakować jeszcze i w ogóle. Ale już nie umiem się doczekać, aż przyjedzie po mnie mama i mnie stąd zabierze! Koniec okropnych naleśników z mikrofalówki i innych gotowych pierogów. Na samą myśl mi niedobrze.
Co do reszty... Wczoraj troszkę się pośmialiśmy. W gruncie rzeczy nie mieszkało się z nimi źle. Po tym, jak wysłuchiwałam historyjek o innych współlokatorach to moi byli mega. Ok, parę imprezek mi nie odpowiadało, to że się głośno zachowywali czasami, kiedy ja się musiałam uczyć albo iść wcześniej spać. I Roommate... Roommate też mi średnio odpowiadał, ale tak naprawdę - nie było przynajmniej beznadziejnie nudno.
A teraz czeka mnie kilkudniowy odpoczynek i... rozpoczynam praktyki. W radio. Och, mam nadzieję, że nie będzie jakoś strasznie czy coś. Jak na razie wszyscy tam wydawali się mili i przyjacielscy, ale kto tam ich wie. Będę musiała tam być miesiąc i no cóż... Robić wszystko, byleby zaliczyć te praktyki na dobrą ocenę. Ale mam nadzieję, że nie będzie źle, chociaż z moim szczęściem... No, nie ma co krakać!
P.S.
Kojarzycie piosenkę z reklamy Kia? Cudowna!
sobota, 16 czerwca 2012
Impreza
Hej, Hej, Hej... Wspominałam ostatnio o niepokojących ilościach alkoholu w naszej lodóweczce kochanej, prawda? Prawda.
Moja współlokatorka miała urodziny. I jak miałam odmówić. Ale pomyślałam, że tylko troszkę i powiem, że muszę się uczyć. Pfff... Nie wyszło.
Aczkolwiek, kiedy już poszłam spać a oni wrócili z jakiegoś klubu, wpadli na genialny pomysł, żeby zrobić mi kroplówkę. Co bym się nie odwodniła! Kochane stworki.
A to, że obudziłam się totalnie zimna i mokra, pływając w łóżku... To już inna sprawa.
Kroplówka polegała na napełnieniu woreczków śniadaniowych wodą i porobieniu w nich dziurek. Następnie wystarczy wrzucić śpiącemu delikwentowi taką kroplówkę do łóżka. Takkk...
Łóżko suszyło się cały dzień, a ja taka umierająca, nie miałam się nawet gdzie położyć. Ale przeżyłam! Jakaś 1/5 łóżka nie była mokra, więc tam sobie leżałam i czytałam książeczki, uporczywie ignorując wszelkie oznaki protestującego organizmu.
A teraz, zamiast się uczyć, znów siedzę na necie. Tumblr, facebook, gg, twitter, youtube...
A propos, Afromental mają nowy teledysk. Ktoś ich lubi? Nie? It's okay... Ja lubię! A piosenka jest po prostu boska. Słucham jej od jakichś... 5 godzin? Absolutnie fantastyczna. Łozo trochę się tam powywnętrzał, chyba że tylko ja to odbieram jako coś tak osobistego. Nie wiem. Może dlatego, że wiem o co chodzi, o! pewnie dlatego. No ale to nie zmienia faktu, że jest osobista ta piosenka. I pewnie to sprawia, że tak strasznie mi się spodobała.
Zatem! Mam nowe motto życiowe. Od dzisiaj. Dzięki Łozo!
I'll do what it takes to find the place where I can find the perfect harmony....
Moja współlokatorka miała urodziny. I jak miałam odmówić. Ale pomyślałam, że tylko troszkę i powiem, że muszę się uczyć. Pfff... Nie wyszło.
Aczkolwiek, kiedy już poszłam spać a oni wrócili z jakiegoś klubu, wpadli na genialny pomysł, żeby zrobić mi kroplówkę. Co bym się nie odwodniła! Kochane stworki.
A to, że obudziłam się totalnie zimna i mokra, pływając w łóżku... To już inna sprawa.
Kroplówka polegała na napełnieniu woreczków śniadaniowych wodą i porobieniu w nich dziurek. Następnie wystarczy wrzucić śpiącemu delikwentowi taką kroplówkę do łóżka. Takkk...
Łóżko suszyło się cały dzień, a ja taka umierająca, nie miałam się nawet gdzie położyć. Ale przeżyłam! Jakaś 1/5 łóżka nie była mokra, więc tam sobie leżałam i czytałam książeczki, uporczywie ignorując wszelkie oznaki protestującego organizmu.
A teraz, zamiast się uczyć, znów siedzę na necie. Tumblr, facebook, gg, twitter, youtube...
A propos, Afromental mają nowy teledysk. Ktoś ich lubi? Nie? It's okay... Ja lubię! A piosenka jest po prostu boska. Słucham jej od jakichś... 5 godzin? Absolutnie fantastyczna. Łozo trochę się tam powywnętrzał, chyba że tylko ja to odbieram jako coś tak osobistego. Nie wiem. Może dlatego, że wiem o co chodzi, o! pewnie dlatego. No ale to nie zmienia faktu, że jest osobista ta piosenka. I pewnie to sprawia, że tak strasznie mi się spodobała.
Zatem! Mam nowe motto życiowe. Od dzisiaj. Dzięki Łozo!
I'll do what it takes to find the place where I can find the perfect harmony....
wtorek, 12 czerwca 2012
Karuzela
Dosłownie KARUZELA. Tak się ostatnio czuję. Trochę zakręcona, raz taka, a raz taka. Podziwiam ludzi, którzy ze mną wytrzymują.
Ale się wyrabiam, powoli, ciężko, ale daję radę.
Zrobiłam z koleżanką film na egzamin. To była masakra. Dwa dni biegania (ja zostałam "techniczną", czyli ludziem od brudnej roboty). Pech chciał, że pierwszego dnia było gorąco, a drugiego padało cały dzień. A ja biegałam. Bo to był film fotograficzny! No, fotograficzno-poklatkowy. Więc cały zamysł polegał na robieniu zdjęć tak, by po zmontowaniu imitowały choć trochę ruch. Więc biegałam tam i z powrotem, przestawiając rekwizyty o kilka centymetrów. Tak, 4 godziny. Po całym mieście. Ludzie się patrzyli, uśmiechali, zagadywali, żartowali... Nie było źle, całkiem śmiesznie. Ale po 4 godzinach nogi odmawiały posłuszeństwa, czułam się brudna i w ogóle... Ble. Ale zrobiłyśmy!
Kolejna porcja wrażeń - Mirelka.
Pani redaktor zapowiedziała kolokwium (dla niewtajemniczonych - coś jak test czy większy sprawdzian). Z 11 tematów. Każdy temat zawierał średnio od 30-60 stron tekstu, który trzeba było opracować. Siedziałam więc nad tym i czytałam, starałam się zapamiętywać... Cały długi weekend, ten z Bożym Ciałem. Nie pojechałam do domu, tylko siedziałam i czytałam. I co? Nie zdałam.
To chyba wtedy nastąpiła jakaś jedna wielka załamka, ale nie jestem pewna bo pamiętam to tak troszkę jak przez mgłę. W każdym razie moje załamki to nie takie płakanie w poduszkę. Na całe moje nieszczęście... Pech chciał, że wtedy padło na przyjaciela i to na nim się wyżyłam. Biedny. I potem było mi jeszcze gorzej. Ale! Pozbierałam się i wzięłam za naukę na poprawę u Mirelki.
Tym razem zdałam. Wczoraj. o 1.00 w nocy dowiedziałam się, że zdałam, więc w sumie już dzisiaj. Słodko.
Jutro mam egzamin, mam notatki, ale jeszcze się za nie nie wzięłam. Zamiast tego użalam się nad rozciętym palcem. Należę do tych mdlejących na widok krwi. Dla uspokojenia stwierdziłam, że walnę notkę, a co.
Tylko... Niepokoją mnie ilości alkoholu w naszej studenckiej lodówce. Jeśli oni (czyt. współlokatorzy), planują jakąś imprezę w sesji, to chyba ich uduszę. Czekają mnie jeszcze 3 egzaminy, jeden średni i dwa trudne. Proszę o nierobienie imprez!
Ach, i jeszcze... Opowiadanie... Dodam nowy part chyba dopiero po sesji. Mam go w głowie tylko, niestety. Dlatego nie dam rady szybciej. Ale jak zdam egzaminy, wróci mi chęć do życia i siły witalne to od razu biorę się za pisanie i postowanie.
A tymczasem... Wish me luck.
Reszcie braci studenckiej też życzę szczęścia i wytrwałości, tej braci niestudenckiej również życzę wszystkiego dobrego z ocenami, szkołami, testami...
:)
Ale się wyrabiam, powoli, ciężko, ale daję radę.
Zrobiłam z koleżanką film na egzamin. To była masakra. Dwa dni biegania (ja zostałam "techniczną", czyli ludziem od brudnej roboty). Pech chciał, że pierwszego dnia było gorąco, a drugiego padało cały dzień. A ja biegałam. Bo to był film fotograficzny! No, fotograficzno-poklatkowy. Więc cały zamysł polegał na robieniu zdjęć tak, by po zmontowaniu imitowały choć trochę ruch. Więc biegałam tam i z powrotem, przestawiając rekwizyty o kilka centymetrów. Tak, 4 godziny. Po całym mieście. Ludzie się patrzyli, uśmiechali, zagadywali, żartowali... Nie było źle, całkiem śmiesznie. Ale po 4 godzinach nogi odmawiały posłuszeństwa, czułam się brudna i w ogóle... Ble. Ale zrobiłyśmy!
Kolejna porcja wrażeń - Mirelka.
Pani redaktor zapowiedziała kolokwium (dla niewtajemniczonych - coś jak test czy większy sprawdzian). Z 11 tematów. Każdy temat zawierał średnio od 30-60 stron tekstu, który trzeba było opracować. Siedziałam więc nad tym i czytałam, starałam się zapamiętywać... Cały długi weekend, ten z Bożym Ciałem. Nie pojechałam do domu, tylko siedziałam i czytałam. I co? Nie zdałam.
To chyba wtedy nastąpiła jakaś jedna wielka załamka, ale nie jestem pewna bo pamiętam to tak troszkę jak przez mgłę. W każdym razie moje załamki to nie takie płakanie w poduszkę. Na całe moje nieszczęście... Pech chciał, że wtedy padło na przyjaciela i to na nim się wyżyłam. Biedny. I potem było mi jeszcze gorzej. Ale! Pozbierałam się i wzięłam za naukę na poprawę u Mirelki.
Tym razem zdałam. Wczoraj. o 1.00 w nocy dowiedziałam się, że zdałam, więc w sumie już dzisiaj. Słodko.
Jutro mam egzamin, mam notatki, ale jeszcze się za nie nie wzięłam. Zamiast tego użalam się nad rozciętym palcem. Należę do tych mdlejących na widok krwi. Dla uspokojenia stwierdziłam, że walnę notkę, a co.
Tylko... Niepokoją mnie ilości alkoholu w naszej studenckiej lodówce. Jeśli oni (czyt. współlokatorzy), planują jakąś imprezę w sesji, to chyba ich uduszę. Czekają mnie jeszcze 3 egzaminy, jeden średni i dwa trudne. Proszę o nierobienie imprez!
Ach, i jeszcze... Opowiadanie... Dodam nowy part chyba dopiero po sesji. Mam go w głowie tylko, niestety. Dlatego nie dam rady szybciej. Ale jak zdam egzaminy, wróci mi chęć do życia i siły witalne to od razu biorę się za pisanie i postowanie.
A tymczasem... Wish me luck.
Reszcie braci studenckiej też życzę szczęścia i wytrwałości, tej braci niestudenckiej również życzę wszystkiego dobrego z ocenami, szkołami, testami...
:)
wtorek, 29 maja 2012
...i jeszcze coś
Wow, dwa posty na dzień na blogu, którego odwiedzają 3 osoby raz na ruski rok! Ale nieważne, doceniam bardziej te 3 osoby, bardzo.
Przeprowadziłam się dzisiaj. Z pokoju do pokoju, ale jednak. ZNÓW chcieli mi wepchnąć jakiegoś faceta do pokoju (nie mają koleżanek czy jak?). Ale się już nie zgodziłam i mieszkam sama, w innym pokoju a chłopak z tego pokoju będzie mieszkał w moim "starym" z tym nowym kolesiem. Ładnie, pięknie, tylko... Tu nie ma telewizora :( Jak ja przeżyję miesiąc bez tv? No cóż... Może zacznę się uczyć do sesji czy coś... mam strasznie trudne kolokwium w poniedziałek, z OGROMNEJ ilości materiału, a jeszcze nie zaczęłam... Może to taki znak, jakaś siła wyższa mi to zrobiła bo stwierdziła: "Bez telewizora się nauczysz i zdasz!". OBY!
Przeprowadziłam się dzisiaj. Z pokoju do pokoju, ale jednak. ZNÓW chcieli mi wepchnąć jakiegoś faceta do pokoju (nie mają koleżanek czy jak?). Ale się już nie zgodziłam i mieszkam sama, w innym pokoju a chłopak z tego pokoju będzie mieszkał w moim "starym" z tym nowym kolesiem. Ładnie, pięknie, tylko... Tu nie ma telewizora :( Jak ja przeżyję miesiąc bez tv? No cóż... Może zacznę się uczyć do sesji czy coś... mam strasznie trudne kolokwium w poniedziałek, z OGROMNEJ ilości materiału, a jeszcze nie zaczęłam... Może to taki znak, jakaś siła wyższa mi to zrobiła bo stwierdziła: "Bez telewizora się nauczysz i zdasz!". OBY!
Nerwówka
Zbyt mało snu (nie z powodu nadmiaru zajęć a kochanej bezsenności), zbyt dużo zajęć na raz i parę innych dziwnych zjawisk składa się w tej chwili na moją osobę. Coś pomiędzy rozerwanym kawałkiem delikatnego materiału a wściekłym jeżozwierzem. Każdy ma swoje humorki, wiadomo, ale kiedy człowiek przestaje wytrzymywać sam ze sobą, to coś jest nie tak.
Mam w cholerę do zrobienia (krótki film, nauka na egzaminy, bieżące sprawy). Na całe moje nieszczęście niektóre rzeczy trzeba robić grupowo albo w parach. Moja para stała się okropna. Pewnie sama nie jestem bez winy, ale.. bez przesady.
Wstaję rano, pogodzona ze świadomością, że znów się nie wyspałam a wczorajsze zajęcia do reszty wyssały ze mnie energię, by dostać sms'a "Sorry, nie dam rady, załatw to sama". A kiedy zgłaszam co do tego jakieś obiekcje (chyba mam prawo się wkurzyć, nie?) to zostaje dodatkowo opierdolona, że stwarzam problemy <3
Wielkie fochy i rozżalenie, za to, że nazywam rzeczy po imieniu. Bo jak inaczej nazwać taką sytuację jak nie żałosną? Ale widocznie ktoś się poczuł winny, skoro wziął to do siebie. Chyba czasem jestem zbyt uległa i ludzie to potem wykorzystują. Nie wiem. Wiem, że czerwiec (już prawie jest, prawda? Prawda) będzie najgorszym miesiącem w moim życiu studenckim...
Do tego kłopoty z mieszkaniem i w domu...
Muszę poszukać nowego lokum, tu na miejscu, przez wakacje i znów się przeprowadzać. Oh, mam już dość. Ze złości chce mi się płakać a to już chyba taka straszna złość. Może histeryzuję? Pewnie tak. Ale naprawdę, kiedy człowiek ma dość samego siebie, jak ma jeszcze funkcjonować z innymi? No jak?
Mam w cholerę do zrobienia (krótki film, nauka na egzaminy, bieżące sprawy). Na całe moje nieszczęście niektóre rzeczy trzeba robić grupowo albo w parach. Moja para stała się okropna. Pewnie sama nie jestem bez winy, ale.. bez przesady.
Wstaję rano, pogodzona ze świadomością, że znów się nie wyspałam a wczorajsze zajęcia do reszty wyssały ze mnie energię, by dostać sms'a "Sorry, nie dam rady, załatw to sama". A kiedy zgłaszam co do tego jakieś obiekcje (chyba mam prawo się wkurzyć, nie?) to zostaje dodatkowo opierdolona, że stwarzam problemy <3
Wielkie fochy i rozżalenie, za to, że nazywam rzeczy po imieniu. Bo jak inaczej nazwać taką sytuację jak nie żałosną? Ale widocznie ktoś się poczuł winny, skoro wziął to do siebie. Chyba czasem jestem zbyt uległa i ludzie to potem wykorzystują. Nie wiem. Wiem, że czerwiec (już prawie jest, prawda? Prawda) będzie najgorszym miesiącem w moim życiu studenckim...
Do tego kłopoty z mieszkaniem i w domu...
Muszę poszukać nowego lokum, tu na miejscu, przez wakacje i znów się przeprowadzać. Oh, mam już dość. Ze złości chce mi się płakać a to już chyba taka straszna złość. Może histeryzuję? Pewnie tak. Ale naprawdę, kiedy człowiek ma dość samego siebie, jak ma jeszcze funkcjonować z innymi? No jak?
niedziela, 20 maja 2012
Frajwędruj Alicjo
Moja koleżanka i jednocześnie moje dziecko ma bloga. I właśnie teraz zapraszam was do czytania jej nowego opowiadania. Na pewno pisze 10 razy lepiej niż ja i ma "magiczny styl" - jak to określiła moja pani profesor z Wiedzy o Filmie aka Gośka.
http://frajwedruj.bloog.pl
Czytajcie, ok? Zachęcam, bardzo. BARDZO. Zróbcie jej taką małą przyjemność i napiszcie chociaż krótkie "ok" xD
A co do reszty mojego marniutkiego życia studentki... Sesja się zbliża, roboty... dużo a ja się najzwyczajniej w świecie obijam i endżojuje długie weekendy (zazdroście, moje weekendy maja teraz po 4 dni). Przede mną 4 mega trudne egzaminy a ja co robię? Oglądam seriale. How I met your mother, Big Bang Theory, Grey's Anatomy, Pierwsza Miłość, Rodzinka.pl... I w cholerę innych.
Tak, jestem leniwa.
A na dodatek wykorzystuję ludzi, żeby się lepiej poczuć (mam nadzieję, że ci ludzie tu nie zaglądają i nie zorientują się, że to o nich).
A tak w ogóle... Ma ktoś jakiś sposób, żeby choć troszeczkę pozbyć się tłuszczyka z bioderów? Nie dużo bo dużo to go raczej nie ma, ale troszeczkę. Zostałam poinformowana, że wyglądam ok tak jak wyglądam, ale sama z siebie wiem, gdzie mnie jest za dużo xD
Any ideas?
A i żeby nie było zbyt wymagające... Może jakieś małe machanie nogami czy coś? xD
http://frajwedruj.bloog.pl
Czytajcie, ok? Zachęcam, bardzo. BARDZO. Zróbcie jej taką małą przyjemność i napiszcie chociaż krótkie "ok" xD
A co do reszty mojego marniutkiego życia studentki... Sesja się zbliża, roboty... dużo a ja się najzwyczajniej w świecie obijam i endżojuje długie weekendy (zazdroście, moje weekendy maja teraz po 4 dni). Przede mną 4 mega trudne egzaminy a ja co robię? Oglądam seriale. How I met your mother, Big Bang Theory, Grey's Anatomy, Pierwsza Miłość, Rodzinka.pl... I w cholerę innych.
Tak, jestem leniwa.
A na dodatek wykorzystuję ludzi, żeby się lepiej poczuć (mam nadzieję, że ci ludzie tu nie zaglądają i nie zorientują się, że to o nich).
A tak w ogóle... Ma ktoś jakiś sposób, żeby choć troszeczkę pozbyć się tłuszczyka z bioderów? Nie dużo bo dużo to go raczej nie ma, ale troszeczkę. Zostałam poinformowana, że wyglądam ok tak jak wyglądam, ale sama z siebie wiem, gdzie mnie jest za dużo xD
Any ideas?
A i żeby nie było zbyt wymagające... Może jakieś małe machanie nogami czy coś? xD
niedziela, 13 maja 2012
Dieta
Wiadomo, zbliżają się wakacje, chodzimy ubrani coraz bardziej skąpo... I każdy by chciał ładnie wyglądać! Dlatego stwierdziłam już po raz kolejny, że zacznę ćwiczyć (oczywiście mi nie wyszło), więc może jednak jakaś dieta? I poszukałam jakichś tanich diet, z produktów dostępnych w zwykłym sklepie, bez wywalania kasy na jakieś wymyślne dania i straconego czasu na przygotowanie ich. I oto przeczytałam, że średnio, taka dieta powinna zawierać ok. 1200 kcal. Policzyłam sobie wtedy ile ja kalorii zjadam dziennie (na oko. Wiem, że na oko można i umrzeć, ale...). Okazało się, że zjadam właśnie około 1200 kcal kiedy jestem u siebie w mieszkaniu a nie w domu u mamy. Wiadomo, u mamy się zjada więcej! Ale tam jestem tylko na weekendy i to nie wszystkie. Skoro zjadam 1200 kcal, dlaczego nie chudnę? Musiałaby zacząć ćwiczyć. Mój organizm przyzwyczaił się już do takiej dawki kalorii i zwyczajnie przestał reagować. A mniej jeść nie zamierzam, za bardzo lubię jedzenie, żeby się głodzić!
Pozostaje mi więc jedynie rozpoczęcie jakichś ćwiczeń, przy których się zmęczę choć trochę. Bo joga raz w tygodniu to zdecydowanie za mało. Tam się w sumie tylko rozciągam, oczywiście jest parę ćwiczeń, które mogą się równać z wysiłkiem na siłowni, ale trwają krótko i tylko rozgrzewają. Może 20 brzuszków i 10 pompek (damskich, innych nie dam rady!) wystarczy, by troszkę schudnąć gdzieniegdzie, hm?
A tak z innej beczki... Mój współlokator się już wyprowadził. Wiem, że narzekałam, ale teraz mi troszkę pusto w pokoju i nikt mnie nie denerwuje, więc to ja denerwuję innych. Na koniec, wieczorem kiedy oglądaliśmy film, przyznał, że mam się na niego nie gniewać za to co robił, bo tylko się ze mną droczył. I podrywał. Szczery przynajmniej.
Pozostaje mi więc jedynie rozpoczęcie jakichś ćwiczeń, przy których się zmęczę choć trochę. Bo joga raz w tygodniu to zdecydowanie za mało. Tam się w sumie tylko rozciągam, oczywiście jest parę ćwiczeń, które mogą się równać z wysiłkiem na siłowni, ale trwają krótko i tylko rozgrzewają. Może 20 brzuszków i 10 pompek (damskich, innych nie dam rady!) wystarczy, by troszkę schudnąć gdzieniegdzie, hm?
A tak z innej beczki... Mój współlokator się już wyprowadził. Wiem, że narzekałam, ale teraz mi troszkę pusto w pokoju i nikt mnie nie denerwuje, więc to ja denerwuję innych. Na koniec, wieczorem kiedy oglądaliśmy film, przyznał, że mam się na niego nie gniewać za to co robił, bo tylko się ze mną droczył. I podrywał. Szczery przynajmniej.
sobota, 28 kwietnia 2012
Skyscraper
You can take everything I have
You can break everything I am
Like I'm made of glass
Like I'm made of paper
You can break everything I am
Like I'm made of glass
Like I'm made of paper
Normalnie nie słucham popu. Normalnie nie słucham "gwiazdek Disney'a". Ale ostatnio jakoś moja hardcore'owa dusza poszła spać a przyszedł w jej miejsce jakiś łagodny duszek. Zazwyczaj kiedy byłam zła, włączałam jakiś scream'owy kawałek i smutek przechodził. A ostatnio jakoś ciężej. Nie wiem czy to ze względu na to, że najzwyczajniej w świecie nikt nie widzi kiedy jestem smutna czy też że nie ma mnie kto pilnować. A może dlatego, że ostatnio większość rzeczy się sypie? Jedyna rzecz, która mi jakimś cudem wychodzi to studia. Nie żeby jakoś wybitnie, ale na luzie wszystko się układa. Ale założę się, że jeśli nie znajdę motywacji, jakiejkolwiek, to w czerwcu nie będzie już tak kolorowo.
No bo jak mam się skupić na studiach, kiedy są ludzie, którzy mnie nienawidzą, chociaż nie mają powodu? I tu nie chodzi o to, że zwyczajnie ktoś mnie nie lubi. Ale kiedy na co dzień mijasz kogoś, kto jednym spojrzeniem sprawia, że czujesz się zupełnie nie na miejscu. Kiedy wychodzisz z pokoju w połowie rozmowy, bo ktoś ci się wpierdala w środek zdania, udając że cię nie ma.
Pewnie sobie czymś zasłużyłam, moja joginka by powiedziała, że to Karma. Chrzanić Karmę. To boli. Każde wspomnienie, urywki przykrych scenek.
Narzekam na dni, kiedy mam dużo zajęć i spędzam po 10 godzin na uczelni. Oczywiście, że narzekam. Ale wtedy nie mam czasu, żeby znów sobie przypominać to wszystko. I tak, pewnie histeryzuję, przesadzam, przecież gdzieś są dzieci, które umierają z głodu a ja tak strasznie cierpię, bo ktoś nie darzy mnie sympatią. I ta świadomość, że są ludzie, którym jest gorzej niż mnie, wcale nie pomaga. Wszystko pogarsza. Bo kiedy człowiek sobie uświadamia takie rzeczy, czuje się żałosnym. A kiedy takiemu człowiekowi kolejna rzecz nie wychodzi tak jak powinna, kolejne marzenie wymyka się z rąk, przecieka jak woda przez palce... Wtedy zaczynasz się zastanawiać, jaki to wszystko ma sens. I Boże, jak to by było cudownie, gdybym widziała w tym wszystkim sens!
Moralna załamka.
Chyba właśnie jestem zrobiona z papieru. Łatwo mnie zgnieść. Albo ze szkła - zbyt szybko się tłukę. A niektórym chyba widocznie sprawia przyjemność patrzenie na to, jak tłukę się coraz bardziej.
Dlatego zastanawiałam się ostatnio, co by było większą karą dla tej osoby - złamanie jej czy świadomość, że to ja złamałam się przez nią.
No bo jak mam się skupić na studiach, kiedy są ludzie, którzy mnie nienawidzą, chociaż nie mają powodu? I tu nie chodzi o to, że zwyczajnie ktoś mnie nie lubi. Ale kiedy na co dzień mijasz kogoś, kto jednym spojrzeniem sprawia, że czujesz się zupełnie nie na miejscu. Kiedy wychodzisz z pokoju w połowie rozmowy, bo ktoś ci się wpierdala w środek zdania, udając że cię nie ma.
Pewnie sobie czymś zasłużyłam, moja joginka by powiedziała, że to Karma. Chrzanić Karmę. To boli. Każde wspomnienie, urywki przykrych scenek.
Narzekam na dni, kiedy mam dużo zajęć i spędzam po 10 godzin na uczelni. Oczywiście, że narzekam. Ale wtedy nie mam czasu, żeby znów sobie przypominać to wszystko. I tak, pewnie histeryzuję, przesadzam, przecież gdzieś są dzieci, które umierają z głodu a ja tak strasznie cierpię, bo ktoś nie darzy mnie sympatią. I ta świadomość, że są ludzie, którym jest gorzej niż mnie, wcale nie pomaga. Wszystko pogarsza. Bo kiedy człowiek sobie uświadamia takie rzeczy, czuje się żałosnym. A kiedy takiemu człowiekowi kolejna rzecz nie wychodzi tak jak powinna, kolejne marzenie wymyka się z rąk, przecieka jak woda przez palce... Wtedy zaczynasz się zastanawiać, jaki to wszystko ma sens. I Boże, jak to by było cudownie, gdybym widziała w tym wszystkim sens!
Moralna załamka.
Chyba właśnie jestem zrobiona z papieru. Łatwo mnie zgnieść. Albo ze szkła - zbyt szybko się tłukę. A niektórym chyba widocznie sprawia przyjemność patrzenie na to, jak tłukę się coraz bardziej.
Dlatego zastanawiałam się ostatnio, co by było większą karą dla tej osoby - złamanie jej czy świadomość, że to ja złamałam się przez nią.
Do you have to make me feel like there is nothing left of me?
Would it make you feel better to watch me while I bleed?
Would it make you feel better to watch me while I bleed?
czwartek, 5 kwietnia 2012
Czekoladowe rozdanie
Jeden z blogów, które obserwuję (PysiaPatrysia) zorganizował Czekoladowe Rozdanie. Zawsze może też ktoś inny wziąć udział, prawda? :)
Ja zachęcam. Zazwyczaj nic nie wygrywam, ale lubię podnosić statystyki, więc...
Ja zachęcam. Zazwyczaj nic nie wygrywam, ale lubię podnosić statystyki, więc...
poniedziałek, 2 kwietnia 2012
Wiara
Kiedy ktoś mnie pyta, czy wierzę w Boga, nie potrafię jednoznacznie powiedzieć "Nie", więc wykręcam się ironicznym uśmiechem i mówię, że "każdy ma swojego Boga". Kiedyś naprawdę wierzyłam, kiedy byłam młodsza. I często nawet pytałam Go, czemu jest tak a nie inaczej i czemu pozwala, żeby niektóre rzeczy po prostu się działy. I co? Oczywiście, że nie dostałam żadnej odpowiedzi. Po którymś razie z rzędu, zwyczajnie się obraziłam. Na Boga. Można, prawda? Ale to wciąż nie było tak, że całkiem nie wierzyłam. Raczej akceptowałam to, że może On tam faktycznie jest, tylko po prostu zostawił świat i zupełnie w niego nie ingeruje. I tak było dość długo. Ale im więcej złego przydarzało się mi i innym, którzy mnie otaczali, tym bardziej zaczynałam wątpić. No bo... Skoro jest taki miłosierny, sprawiedliwy, wszechwiedzący to dlaczego świat nie jest dobry? No tak, działanie Szatana. Ale przecież on nie jest silniejszy od Boga! Jest tak samo jak my Jego tworem! Musi mieć nad nim władzę. To chore...
I ktoś mógłby powiedzieć, że to taka fanaberia, trend, że wszyscy nagle są "ateistami", bo to ładnie brzmi i jest nawet poprawne politycznie. No bo przecież taki ateista nie jest stronniczy. Nie pochyla się ku żadnej religii i nie przestrzega tych zasada. Co nie znaczy, że nie ma moralności.
Ale jak się nad tym dłużej zastanowić, to taka wiara w Boga jest dobra. Nasz znajomy kiedyś przyjechał do nas, w odwiedziny. I chociaż zmarł mu dziadek najwyżej 3 dni wcześniej, to jego żałoba obejmowała tylko bardziej stonowane kolory jego ubrań. Wcale nie był smutny, przygaszony czy rozżalony. Uśmiechał się, żartował... Powiedział w końcu, że widocznie tak miało być, że Bóg go tam potrzebował u góry i był dobry na tyle, by skrócić mu cierpienia na ziemi. Tam w niebie ma się lepiej przecież. Piękne wytłumaczenie i jaka oszczędność łez, które i tak nie pomogą.
Ja tak nie potrafiłam. Babcia umarła i nie zobaczyła nawet kartki na święta, którą jej posłałam. Kartka stała na kredensie, za szybą, oparta o kieliszek. W jednym z najbardziej widocznych miejsc w pokoju. A ona i tak jej nie zobaczyła, bo nie zdążyła. Może to i głupi powód, żeby się obrazić na Boga, ale miałam tylko niecałe 11 lat a Babcia niedawno przeszła w końcu operację na oczach i powoli odzyskiwała wzrok. Co z tego, skoro nie zdążyła w pełni tego wykorzystać? Jeżeli to ma być sprawiedliwość, że ktoś zbiera pieniądze na drogi zabieg przez 10 lat i gdy w końcu się wszystko udaje, nie może się tym nawet przez chwilkę nacieszyć, to ja dziękuję.
Mama powiedziała, że się za mnie pomodli. Cóż, niektórzy widocznie potrafią. Ja nie. To pewnie strasznie samolubne i egoistyczne, takie "bo ja to i ja tamto", ale jak mam sobie wytłumaczyć niektóre rzeczy?
Mam wierzącą, bardzo wierzącą przyjaciółkę. Właściwie dwie, ale tylko jedna ze mną o tym pogadała. I wytłumaczyła mi to tak, a przynajmniej starała się, że to wszystko co się dzieje złego w moim życiu, to moje doświadczenie. Że tacy ludzie co się mają o niebo lepiej, będą mieli trudniej w późniejszym życiu. Bo nie będą potrafili tego co ja. Ale ja myślę, że nie będą potrzebowali tego co ja potrafię. I ja też tego nie potrzebuję. Żadnej z tych rzeczy, które nauczyło mnie życie, nie chcę praktykować w przyszłości.
A moja mama patrzy na mnie coraz większymi oczami i chociaż się śmieje z tego co ja mówię, ten śmiech jest coraz płytszy, coraz bardziej niepewny, czasem nerwowy.
Podobno "na starość" ludzie wracają do Kościoła, do Boga i do wiary. Podobno...
I ktoś mógłby powiedzieć, że to taka fanaberia, trend, że wszyscy nagle są "ateistami", bo to ładnie brzmi i jest nawet poprawne politycznie. No bo przecież taki ateista nie jest stronniczy. Nie pochyla się ku żadnej religii i nie przestrzega tych zasada. Co nie znaczy, że nie ma moralności.
Ale jak się nad tym dłużej zastanowić, to taka wiara w Boga jest dobra. Nasz znajomy kiedyś przyjechał do nas, w odwiedziny. I chociaż zmarł mu dziadek najwyżej 3 dni wcześniej, to jego żałoba obejmowała tylko bardziej stonowane kolory jego ubrań. Wcale nie był smutny, przygaszony czy rozżalony. Uśmiechał się, żartował... Powiedział w końcu, że widocznie tak miało być, że Bóg go tam potrzebował u góry i był dobry na tyle, by skrócić mu cierpienia na ziemi. Tam w niebie ma się lepiej przecież. Piękne wytłumaczenie i jaka oszczędność łez, które i tak nie pomogą.
Ja tak nie potrafiłam. Babcia umarła i nie zobaczyła nawet kartki na święta, którą jej posłałam. Kartka stała na kredensie, za szybą, oparta o kieliszek. W jednym z najbardziej widocznych miejsc w pokoju. A ona i tak jej nie zobaczyła, bo nie zdążyła. Może to i głupi powód, żeby się obrazić na Boga, ale miałam tylko niecałe 11 lat a Babcia niedawno przeszła w końcu operację na oczach i powoli odzyskiwała wzrok. Co z tego, skoro nie zdążyła w pełni tego wykorzystać? Jeżeli to ma być sprawiedliwość, że ktoś zbiera pieniądze na drogi zabieg przez 10 lat i gdy w końcu się wszystko udaje, nie może się tym nawet przez chwilkę nacieszyć, to ja dziękuję.
Mama powiedziała, że się za mnie pomodli. Cóż, niektórzy widocznie potrafią. Ja nie. To pewnie strasznie samolubne i egoistyczne, takie "bo ja to i ja tamto", ale jak mam sobie wytłumaczyć niektóre rzeczy?
Mam wierzącą, bardzo wierzącą przyjaciółkę. Właściwie dwie, ale tylko jedna ze mną o tym pogadała. I wytłumaczyła mi to tak, a przynajmniej starała się, że to wszystko co się dzieje złego w moim życiu, to moje doświadczenie. Że tacy ludzie co się mają o niebo lepiej, będą mieli trudniej w późniejszym życiu. Bo nie będą potrafili tego co ja. Ale ja myślę, że nie będą potrzebowali tego co ja potrafię. I ja też tego nie potrzebuję. Żadnej z tych rzeczy, które nauczyło mnie życie, nie chcę praktykować w przyszłości.
A moja mama patrzy na mnie coraz większymi oczami i chociaż się śmieje z tego co ja mówię, ten śmiech jest coraz płytszy, coraz bardziej niepewny, czasem nerwowy.
Podobno "na starość" ludzie wracają do Kościoła, do Boga i do wiary. Podobno...
czwartek, 22 marca 2012
FanFic
Ryan slowly moved the hair from your face and kissed you softly. "Come closer," he whispered in your ear and made your body shiver. You stepped even closer to him, and now your bodies were touching. You could feel his chest being pressed against yours, everytime he took a breath in. The heat from his body warmed yours up. "I want you so bad right now," he whispered in your other ear. All he was waiting for, was you to let him do exactly as he wished for. The things he wanted to do to your body.You closed your eyes and quickly imagined it all. You slowly nogged, still with your eyes closed, as you gave him permission. For five seconds, you couldn't feel him at all. You were scared to open your eyes, incase it was all just a dream. Then suddenly you felt him grab your wrist and pull your body closer to his. You were in a dark room behind a café. His breath was on your neck and his hands on your hips. He gently bit your neck, and you moaned. Then he licked all the way up to your jawline-and then his lips met yours. This time the kiss was more violent though. You couldn't help but rip off his T-shirt, but he stopped you. HE was the master. He was the in charge. All you could do was to enjoy the things he did to you. He slit off your t-shirt and laid you down on a stable table (dont worry security and etc is top dollar). His hands went from your knees and up under you skirt a couple of times on repeat. The you slowly spread your legs, although you didn't know, if you were allowedRyan didn't seem to mind though. You felt him leave little wet kissed on your inner thighs. He slowly took off your panties, and then laid himself over you. He wasn't wearing his T-shirt anymore. You laid your hands on his chest. You could feel his rips against the skin. He whispered your name, as if he was begging you to touch him. You kissed his neck, but that wasn't what he ment. He pushed his crotch down against yours. You could feel his warm borner against his jeans. You opened them and...
Nie moje, nie... Ale wklejam tutaj, żeby sobie zostawić na pamiątkę. W internecie nic nie ginie. Fanfic dla mnie (o mnie) od milutkiego anonima na Tumblr.
Sweet xD
poniedziałek, 19 marca 2012
hate
Ugh... Nienawidzę go. Nienawidzę tego, że nie chce ze mną rozmawiać. Że tłumaczy się z każdego słowa. Że jest taki niepewny. Że mnie olewa. Że nie chce, nie stara się, zostawia to. I ok, może sama jestem sobie winna. No ale... Ohhhh...
Żałosne.
Cała ta sytuacja.
I ja też, moje zachowanie.
Już prawie zapomniałam, nie myślałam o tym i szlag wszystko trafił przed jeden komentarz na facebooku! O, ironio... Od kiedy to facebook pełni taką rolę?
A teraz znów nic. Można na to umrzeć? Umrzeć od czekania?
Nikt nie jest idealny, żaden człowiek. Każdy ma jakąś wadę a moją wadą jest głupota. Możliwe, że gdybym wcześniej nie była takim tchórzem to już dawno by mi przeszło. Możliwe. Bardzo.
Ewentualnie to taka kara za grzechy. Ale człowiek nie docenia tego co ma, dopóki tego nie straci, prawda?
Super, to właśnie doceniłam.
Żałosne.
Cała ta sytuacja.
I ja też, moje zachowanie.
Już prawie zapomniałam, nie myślałam o tym i szlag wszystko trafił przed jeden komentarz na facebooku! O, ironio... Od kiedy to facebook pełni taką rolę?
A teraz znów nic. Można na to umrzeć? Umrzeć od czekania?
Nikt nie jest idealny, żaden człowiek. Każdy ma jakąś wadę a moją wadą jest głupota. Możliwe, że gdybym wcześniej nie była takim tchórzem to już dawno by mi przeszło. Możliwe. Bardzo.
Ewentualnie to taka kara za grzechy. Ale człowiek nie docenia tego co ma, dopóki tego nie straci, prawda?
Super, to właśnie doceniłam.
niedziela, 18 marca 2012
inspiracje
Z racji tego, że mam milion pomysłów na minutę, wymyśliłam sobie nowego bloga, Pure Cat Walk, sprawdzicie? Nie każę czytać ani nic, ale miło jest wiedzieć, że ktoś wchodzi... Oczywiście tego nie uśmiercam, broń Boże. Ale żeby nie zaśmiecać tego, mam tamten.
Zapraszam!
Zapraszam!
czwartek, 15 marca 2012
Make-up i inne urządzenia
Tak dla rozjaśnienia sytuacji, mój współlokator stał się... całkiem miły. To znaczy na tyle na ile facet może być miły. A co do reszty... Nie wiem co to wszystko ma znaczyć, ale zazwyczaj kończy się na moim dziwnym wyrazie twarzy, który jest odpowiedzią na jego... teksty. Tak na przykład, 2 dni temu, zaskoczył mnie dwa razy.
"- Masz pomalowane oczy.
- No, zazwyczaj mam. Prawie zawsze.
- Nie zauważyłem.
- Co ty robisz?
- Patrzę ci w oczy.
- ... *mój dziwny wyraz twarzy*
- Widocznie za mało patrzyłem ci w oczy..."
Jest ktoś inteligentny, kto wytłumaczy mi, jakim cudem on dopiero teraz zauważył, że się maluję? W sensie... Przecież wieczorem to musi być szok dla takiego nieświadomego niczego faceta, kiedy widzi mnie w powyciąganej koszulce z łosiem, mokrymi włosami, bez makijażu... A on jakby... Nie zauważył? Że się maluję. Naprawdę?
No i scenka numer dwa, drukujemy!
"- Ona zawsze tak?
- Ta drukarka jest wyjątkowa.
- Tak jak ty...
- Ta, wdała się we mnie."
So, once again. To było obraźliwe? Przyrównanie do drukarki?
Dlaczego i co ja komu zrobiłam, że spotykają mnie takie nieszczęścia...
"- Masz pomalowane oczy.
- No, zazwyczaj mam. Prawie zawsze.
- Nie zauważyłem.
- Co ty robisz?
- Patrzę ci w oczy.
- ... *mój dziwny wyraz twarzy*
- Widocznie za mało patrzyłem ci w oczy..."
Jest ktoś inteligentny, kto wytłumaczy mi, jakim cudem on dopiero teraz zauważył, że się maluję? W sensie... Przecież wieczorem to musi być szok dla takiego nieświadomego niczego faceta, kiedy widzi mnie w powyciąganej koszulce z łosiem, mokrymi włosami, bez makijażu... A on jakby... Nie zauważył? Że się maluję. Naprawdę?
No i scenka numer dwa, drukujemy!
"- Ona zawsze tak?
- Ta drukarka jest wyjątkowa.
- Tak jak ty...
- Ta, wdała się we mnie."
So, once again. To było obraźliwe? Przyrównanie do drukarki?
Dlaczego i co ja komu zrobiłam, że spotykają mnie takie nieszczęścia...
wtorek, 13 marca 2012
Tylko?
Pewnie nie powinnam narzekać, tylko się cieszyć, że ktoś się mną interesuje. Ale to nie moja wina, że odbieram wszystko jako jakiś dziwny, chory żart. Coś w stylu: "Założyłem się z kumplami, że do ciebie zagadam". Alternatywą na nudę też nie chcę być. A tak poza tym, to faceci są cholernie dziwni.
Przykład? Obrażasz kolesia, mówisz mu że jest zaściankowy, homofobiczny, nie zna ortografii i gramatyki... A on nic.
Ja bym się obraziła.
A tak poza tym, koledzy kolegów, którzy kiedyś byli bliscy, teraz już mniej, to złe połączenie. Dlaczego tylko ja to zauważam? Mam na myśli to, że takie spotkanie w trójkę było by nieco... awkward. Ale tak samo awkward jak takie spotkanie, jest odmawianie po raz tysięczny komuś spotkania. No ale swoją drogą, ten Ktosiek taki uparty jest, że pewnie kiedyś mu się uda. Ze szkodą dla obu stron.
Miałam tydzień wolnego, prawie, i tak strasznie się rozleniwiłam... Znów muszę wracać do mieszkania, sama sobie robić herbatę, obiad, sprzątać i zmywać, robić zakupy... NIE CHCE MI SIĘ.
A co się działo przez ten tydzień? Stosunkowo niewiele. Zbysław się wybiegał, przynajmniej ona miała z tego jakiś pożytek, że siedziałam w domu. Spotkałam się z przyjaciółką, pooglądałyśmy jak zwykle filmy, pośmiałyśmy się z rzeczy, które tylko dla nas są śmieszne i logiczne. Dostałam książkę do przeczytania (za którą nie mam się kiedy zabrać ze względu na przymus obejrzenia dwóch filmów na Kino Jako Medium Polityczne i przeczytania tony materiałów na Historię Mediów z Mirelką). Ale to nic, dam radę! W końcu to Eragon, a raczej pierwsza część ostatniej części. Poczytam w pociągu, o!
Poza tym wszyscy w domu są chorzy. Kaszlą, kichają, smarkają itd. A ja nie mogę być przecież chora, no... Mam nadzieję, że mnie nie zarazili. No i farbowałam włosy, jak co tydzień, wyszły jeszcze bardziej niebieskie! Oczywiście znów się zmyją, zanim ktokolwiek zdąży zauważyć, ale to nic. Ja widziałam...
Zabieram maluchom aparat, więc może kiedyś w końcu zrobię sobie zdjęcie, na którym widać ten kolorek. I zabieram się za robienie brzuszków. Do lata może uda mi się choć troszeczkę bardziej przypominać człowieka a nie kulkę. To by było chyba na tyle... W domu zawsze jest nudno. Ale odpoczywam!
P.S.
Moi bracia nie mają kompa i na razie się nie zapowiada, żeby go mieli w ciągu tego tygodnia... Kto będzie głosował na P!ATD, kiedy ja nie będę mogła?
Musical March Madness mnie kiedyś wykończy, chociaż wiem, że ostatnio mało się zajmuję sprawami związanymi z chłopakami. Mam nadzieję, że mi wszyscy wybaczą brak nowych postów na stronie, chociaż jeśli będzie coś ważniejszego to na pewno dodam! Może sama sobie wybaczę lenistwo...
Przykład? Obrażasz kolesia, mówisz mu że jest zaściankowy, homofobiczny, nie zna ortografii i gramatyki... A on nic.
Ja bym się obraziła.
A tak poza tym, koledzy kolegów, którzy kiedyś byli bliscy, teraz już mniej, to złe połączenie. Dlaczego tylko ja to zauważam? Mam na myśli to, że takie spotkanie w trójkę było by nieco... awkward. Ale tak samo awkward jak takie spotkanie, jest odmawianie po raz tysięczny komuś spotkania. No ale swoją drogą, ten Ktosiek taki uparty jest, że pewnie kiedyś mu się uda. Ze szkodą dla obu stron.
Miałam tydzień wolnego, prawie, i tak strasznie się rozleniwiłam... Znów muszę wracać do mieszkania, sama sobie robić herbatę, obiad, sprzątać i zmywać, robić zakupy... NIE CHCE MI SIĘ.
A co się działo przez ten tydzień? Stosunkowo niewiele. Zbysław się wybiegał, przynajmniej ona miała z tego jakiś pożytek, że siedziałam w domu. Spotkałam się z przyjaciółką, pooglądałyśmy jak zwykle filmy, pośmiałyśmy się z rzeczy, które tylko dla nas są śmieszne i logiczne. Dostałam książkę do przeczytania (za którą nie mam się kiedy zabrać ze względu na przymus obejrzenia dwóch filmów na Kino Jako Medium Polityczne i przeczytania tony materiałów na Historię Mediów z Mirelką). Ale to nic, dam radę! W końcu to Eragon, a raczej pierwsza część ostatniej części. Poczytam w pociągu, o!
Poza tym wszyscy w domu są chorzy. Kaszlą, kichają, smarkają itd. A ja nie mogę być przecież chora, no... Mam nadzieję, że mnie nie zarazili. No i farbowałam włosy, jak co tydzień, wyszły jeszcze bardziej niebieskie! Oczywiście znów się zmyją, zanim ktokolwiek zdąży zauważyć, ale to nic. Ja widziałam...
Zabieram maluchom aparat, więc może kiedyś w końcu zrobię sobie zdjęcie, na którym widać ten kolorek. I zabieram się za robienie brzuszków. Do lata może uda mi się choć troszeczkę bardziej przypominać człowieka a nie kulkę. To by było chyba na tyle... W domu zawsze jest nudno. Ale odpoczywam!
P.S.
Moi bracia nie mają kompa i na razie się nie zapowiada, żeby go mieli w ciągu tego tygodnia... Kto będzie głosował na P!ATD, kiedy ja nie będę mogła?
Musical March Madness mnie kiedyś wykończy, chociaż wiem, że ostatnio mało się zajmuję sprawami związanymi z chłopakami. Mam nadzieję, że mi wszyscy wybaczą brak nowych postów na stronie, chociaż jeśli będzie coś ważniejszego to na pewno dodam! Może sama sobie wybaczę lenistwo...
czwartek, 8 marca 2012
Are we gonna die?
Jak wracać to w nocy...
Co?
Nie, zdecydowanie nie...
Wróciłam do domu (na tydzień, yay!), olewając niektóre zajęcia. No cóż... Nieważne. Spakowałam się, zabrałam ciuchy na imprezę (o której będzie co opowiadać, mam nadzieję...), wino z Biedronki (na inną imprezę), krem i śmietanę do tortu (który był pyszny i zapomniałam zrobić zdjęcie) i całą resztę i... voilà! Jestem w domu. Ale żeby nie było mi zbyt prosto i przyjemnie, dodając moje kochane szczęście, musiało być z przygodami. Po jodze, na którą poszłam już z walizką, obolała po pozycjach Pies 1 i Pies 2 (tak się nazywa jak wygląda - dziwnie), poszłam na dworzec. Przyczepił się jakiś pijak, kij wie co z nim było jeszcze nie tak. Gadał do mnie coś, czego nie rozumiałam. Oczywiście wtedy nagle Straż Ochrony Kolei gdzieś się zapodziała. Ale na szczęście mnie szybko zostawił. W pociągu drzwi do przedziału się of course nie domykały - tak, zmarzłam. Do tego nie było chyba włączonego ogrzewania.
Przesiadka.
Słyszeliście kiedyś szczękające zęby? Ale tak naprawdę. Myślałam, że sobie je wybiję. No bo oczywiście byłam mądra, wzięłam cienki płaszczyk i moje sneakersy, zamiast butów zimowych. Do tego byłam sama na tym dworcu we wsi o wdzięcznej nazwie Nędza. Ciemno, zimno i pociągu nie widać. Ale przyjechał, tak! Z tym, że jak już dałam radę jakoś wrzucić moją ogromną i ciężką walizkę do środka i sama weszłam, znów miałam problem z drzwiami do przedziału. I ja się pytam, gdzie się podziali gentlemani (nawet zieloni, nieważne, byleby gentlemani)? Szarpałam się z tymi drzwiami, żeby się otworzyły i NIKT mi nie pomógł. Prościej popatrzeć. Zawsze to jakaś rozrywka, nie?
Ale spoko, dałam radę. Dodam, że było już późno, bo na "miejscu" byłam jakoś koło 22.30.
Mama załatwiła mi transport do domu, z tym że ten transport pracował do 23.00. Przesiedziałam więc ponad pół godziny w pizzerii, z ogromną zapiekanką i szklanką coli. W towarzystwie kolesia, który nie potrafi się powstrzymywać i rzuca dziwnymi tekstami. Ale ok.
W końcu dotarłam, zmęczona jak cholera i przejedzona jeszcze bardziej.
A dzisiaj Dzień Kobiet. Życzenia złożyło mi dosłownie 5 mężczyzn. Odejmując rodzinę to tylko dwóch. Hello? Zapomnieli o mnie, dziękuję. Za to zjadłam 2 kawałki dobrego tortu, wypiłam szklankę niedobrego, białego wina (tak, piłam ze szklanki, a co!) i zgrałam milion filmów na płyty, dla moich dwóch małych mężczyzn. No, nie takich małych, ale mniejszych ode mnie.
A teraz, pisząc tego posta, ziemia się zatrzęsła. Witamy na Śląsku, gdzie górnikom się nudzi i od czasu do czasu wysadzają coś tak, że cały dom drży w posadach.
Do tego jutro ma przyjść (być może), znajoma mojej mamy, która jest... Nie przepadam za nią.
Nie wierzyła, że dostanę się na studia, odradzała mi je i ogólnie czuję się przy niej głupia jak but. Do tego za każdym razem pyta się mnie o dentystę.
Naprawdę.
Jakby nie było ciekawszych tematów, tylko moje nieszczęsne zęby.
A z milszych akcentów... Już wiem co założę na piątkową imprezę. Do tego odkopałam moją cudowną torebkę w kształcie serduszka, którą po prostu kocham. Jest tak mała, że telefon mi do niej ledwo wchodzi, ale to nic! Jest piękna...
Oto i ona! Jest czarna i błyszcząca, bo pokryta cekinami. Musicie mi uwierzyć na słowo, bo jakość jest marna. Ale torebka - idealna. Niebanalna, mała - mieści się idealnie w ręce, co widać. Do tego jest naprawdę śliczna, nieprawdaż? Prawdaż, prawdaż.
P.S.
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO Z OKAZJI DNIA KOBIET <3
EDIT.
Zostało jeszcze 5 minut Dnia Kobiet. Oczywiście nie mogło być zbyt idealnie. Były mąż (to dłuższa historia, może kiedyś ją opiszę) musiał sobie o mnie przypomnieć i posłać mi życzenia. Dodam, że narobiło to zamętu, w sensie we mnie. Oh, Boże Brendziole, dlaczego mi to robisz.
Już PRAWIE nie myślałam o tym i JEB. Help?
Gdzie podręcznik: "Jak pozbyć się przeszłości"?
Co?
Nie, zdecydowanie nie...
Wróciłam do domu (na tydzień, yay!), olewając niektóre zajęcia. No cóż... Nieważne. Spakowałam się, zabrałam ciuchy na imprezę (o której będzie co opowiadać, mam nadzieję...), wino z Biedronki (na inną imprezę), krem i śmietanę do tortu (który był pyszny i zapomniałam zrobić zdjęcie) i całą resztę i... voilà! Jestem w domu. Ale żeby nie było mi zbyt prosto i przyjemnie, dodając moje kochane szczęście, musiało być z przygodami. Po jodze, na którą poszłam już z walizką, obolała po pozycjach Pies 1 i Pies 2 (tak się nazywa jak wygląda - dziwnie), poszłam na dworzec. Przyczepił się jakiś pijak, kij wie co z nim było jeszcze nie tak. Gadał do mnie coś, czego nie rozumiałam. Oczywiście wtedy nagle Straż Ochrony Kolei gdzieś się zapodziała. Ale na szczęście mnie szybko zostawił. W pociągu drzwi do przedziału się of course nie domykały - tak, zmarzłam. Do tego nie było chyba włączonego ogrzewania.
Przesiadka.
Słyszeliście kiedyś szczękające zęby? Ale tak naprawdę. Myślałam, że sobie je wybiję. No bo oczywiście byłam mądra, wzięłam cienki płaszczyk i moje sneakersy, zamiast butów zimowych. Do tego byłam sama na tym dworcu we wsi o wdzięcznej nazwie Nędza. Ciemno, zimno i pociągu nie widać. Ale przyjechał, tak! Z tym, że jak już dałam radę jakoś wrzucić moją ogromną i ciężką walizkę do środka i sama weszłam, znów miałam problem z drzwiami do przedziału. I ja się pytam, gdzie się podziali gentlemani (nawet zieloni, nieważne, byleby gentlemani)? Szarpałam się z tymi drzwiami, żeby się otworzyły i NIKT mi nie pomógł. Prościej popatrzeć. Zawsze to jakaś rozrywka, nie?
Ale spoko, dałam radę. Dodam, że było już późno, bo na "miejscu" byłam jakoś koło 22.30.
Mama załatwiła mi transport do domu, z tym że ten transport pracował do 23.00. Przesiedziałam więc ponad pół godziny w pizzerii, z ogromną zapiekanką i szklanką coli. W towarzystwie kolesia, który nie potrafi się powstrzymywać i rzuca dziwnymi tekstami. Ale ok.
W końcu dotarłam, zmęczona jak cholera i przejedzona jeszcze bardziej.
A dzisiaj Dzień Kobiet. Życzenia złożyło mi dosłownie 5 mężczyzn. Odejmując rodzinę to tylko dwóch. Hello? Zapomnieli o mnie, dziękuję. Za to zjadłam 2 kawałki dobrego tortu, wypiłam szklankę niedobrego, białego wina (tak, piłam ze szklanki, a co!) i zgrałam milion filmów na płyty, dla moich dwóch małych mężczyzn. No, nie takich małych, ale mniejszych ode mnie.
A teraz, pisząc tego posta, ziemia się zatrzęsła. Witamy na Śląsku, gdzie górnikom się nudzi i od czasu do czasu wysadzają coś tak, że cały dom drży w posadach.
Do tego jutro ma przyjść (być może), znajoma mojej mamy, która jest... Nie przepadam za nią.
Nie wierzyła, że dostanę się na studia, odradzała mi je i ogólnie czuję się przy niej głupia jak but. Do tego za każdym razem pyta się mnie o dentystę.
Naprawdę.
Jakby nie było ciekawszych tematów, tylko moje nieszczęsne zęby.
A z milszych akcentów... Już wiem co założę na piątkową imprezę. Do tego odkopałam moją cudowną torebkę w kształcie serduszka, którą po prostu kocham. Jest tak mała, że telefon mi do niej ledwo wchodzi, ale to nic! Jest piękna...
Oto i ona! Jest czarna i błyszcząca, bo pokryta cekinami. Musicie mi uwierzyć na słowo, bo jakość jest marna. Ale torebka - idealna. Niebanalna, mała - mieści się idealnie w ręce, co widać. Do tego jest naprawdę śliczna, nieprawdaż? Prawdaż, prawdaż.
P.S.
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO Z OKAZJI DNIA KOBIET <3
EDIT.
Zostało jeszcze 5 minut Dnia Kobiet. Oczywiście nie mogło być zbyt idealnie. Były mąż (to dłuższa historia, może kiedyś ją opiszę) musiał sobie o mnie przypomnieć i posłać mi życzenia. Dodam, że narobiło to zamętu, w sensie we mnie. Oh, Boże Brendziole, dlaczego mi to robisz.
Już PRAWIE nie myślałam o tym i JEB. Help?
Gdzie podręcznik: "Jak pozbyć się przeszłości"?
niedziela, 4 marca 2012
Let's do this all
Dzisiaj zdałam sobie sprawę z kilku rzeczy.
Po pierwsze: świat potrzebuje musicalu z piosenkami P!ATD. To by było coś pięknego. Historia opowiedziana słowami ich piosenek. Młodzieńczy bunt, problemy w domu, światełko nadziei, rozstanie, nowe perspektywy, miłość... To wszystko i więcej jest w ich piosenkach. Sex, drugs & Rock'N'Roll!
Po drugie: mam nowe marzenie i jestem z tego dumna! Wyjechać na jakąś ciepłą wyspę (na przykład jakąś grecką), przeleniuchować tam miesiąc, biegać po łąkach, nie przejmować się niczym. Być z przyjaciółkami, śmiać się, płakać i odpoczywać.
Po trzecie: chcę wyjść za mąż a przynajmniej to zaplanować. Ale nie że miłość, że ten jedyny, że dzieci, stabilizacja... Nie!
WIECZÓR PANIEŃSKI!
Taka niepowtarzalna imprezka z dziewczynami. Cudownie..
A tak w ogóle to brak mi cholernej kreatywności, której teraz potrzebuję. I czasu dla siebie. I do tego czasu na resztę rzeczy. Pojadę do domu i już mam rozplanowane te 4 dni. A myślałam, że odpocznę. Chyba zamieniam się w coś takiego dziwnego, towarzyskiego, jak nie ja. No cóż...
P.S.
Jestem zakochana w moim kolorze włosów. Wyszedł cudownie, szkoda tylko, że znów się zmyje w ciągu paru myć.
Blue Hair RLZ!
Po pierwsze: świat potrzebuje musicalu z piosenkami P!ATD. To by było coś pięknego. Historia opowiedziana słowami ich piosenek. Młodzieńczy bunt, problemy w domu, światełko nadziei, rozstanie, nowe perspektywy, miłość... To wszystko i więcej jest w ich piosenkach. Sex, drugs & Rock'N'Roll!
Po drugie: mam nowe marzenie i jestem z tego dumna! Wyjechać na jakąś ciepłą wyspę (na przykład jakąś grecką), przeleniuchować tam miesiąc, biegać po łąkach, nie przejmować się niczym. Być z przyjaciółkami, śmiać się, płakać i odpoczywać.
Po trzecie: chcę wyjść za mąż a przynajmniej to zaplanować. Ale nie że miłość, że ten jedyny, że dzieci, stabilizacja... Nie!
WIECZÓR PANIEŃSKI!
Taka niepowtarzalna imprezka z dziewczynami. Cudownie..
A tak w ogóle to brak mi cholernej kreatywności, której teraz potrzebuję. I czasu dla siebie. I do tego czasu na resztę rzeczy. Pojadę do domu i już mam rozplanowane te 4 dni. A myślałam, że odpocznę. Chyba zamieniam się w coś takiego dziwnego, towarzyskiego, jak nie ja. No cóż...
P.S.
Jestem zakochana w moim kolorze włosów. Wyszedł cudownie, szkoda tylko, że znów się zmyje w ciągu paru myć.
Blue Hair RLZ!
sobota, 3 marca 2012
hey you fucking attention seeker
Mam takie wrażenie, że są ludzie, dość bliscy, którzy tak narzekają publicznie, tylko po to, żeby ich pocieszać. Ok, ja też powtarzam, że jestem brzydka, gruba itd., bardzo często, żeby ktoś zaprzeczył. Ale w tym jest trochę mojego myślenia i niepewności i to miłe, kiedy ktoś ci mówi, że tak nie jest.
Ale bez przesady, ok?
Poza tym nie lubię pijanych ludzi. Źle mi z tym, że w kuchni ktoś siedzi i chla wódę (dość ostro), bo to z deka straszne. A co jak tu przyjdą do mnie? Nie chcę...
I jeszcze ze smutnych myśli. Czasem prościej napisać do samej siebie, wyobrażając sobie, że pokazuje się to osobom, do których ma się żal.
A jakbym zamieniła tego bloga w moje miejsce emo-myśli? Podobno aż tak nie można się wywnętrzać w internecie, ale jak się nie ma gdzie, to co się robi? Bo ja nie wiem...
Um, tak.
Life sucks.
Ale bez przesady, ok?
Poza tym nie lubię pijanych ludzi. Źle mi z tym, że w kuchni ktoś siedzi i chla wódę (dość ostro), bo to z deka straszne. A co jak tu przyjdą do mnie? Nie chcę...
I jeszcze ze smutnych myśli. Czasem prościej napisać do samej siebie, wyobrażając sobie, że pokazuje się to osobom, do których ma się żal.
A jakbym zamieniła tego bloga w moje miejsce emo-myśli? Podobno aż tak nie można się wywnętrzać w internecie, ale jak się nie ma gdzie, to co się robi? Bo ja nie wiem...
Um, tak.
Life sucks.
środa, 29 lutego 2012
You're so vain
Mecz Polska - Portugalia nie zakończył się tak jak myślałam (zakładałam, że przegramy), ale remis też dobry. Nie dlatego, że nie jestem patriotką! Jestem, jestem... Ale myślałam, że przegramy.
A potem to już się o to prawie modliłam. Prawie, bo się nie modlę. Wszystko przez chłopaków! Mój współlokator ogłosił, że ja nie myślę patriotycznie. I że zgodziłam się być ich (tak, w tym znaczeniu), jeśli Polska jednak wygra. Oczywiście pod moim szalenie serdecznym spojrzeniu, obronił się że przecież żartuje, bo lepiej się śmiać niż płakać. Aczkolwiek drugi stwierdził, że on nie żartuje.
Potem coś prawił o spoglądaniu mi w oczy. Mój słit roommate mówił jeszcze, że nigdy nie wie, kiedy ja żartuję. Chciałam mu powiedzieć, że ja cały czas na serio mówię, a mój ironiczny stosunek do niego to skutek uboczny braku sympatii... Ale nie powiedziałam, publiczność mnie nie bawi.
Pośmialiśmy się z Miśki, ze mnie, z roommate'a i pooglądaliśmy mecz, w oparach piwa, imbiru i orzeszków solonych z puszki. Wbrew pozorom - było miło!
A potem to już się o to prawie modliłam. Prawie, bo się nie modlę. Wszystko przez chłopaków! Mój współlokator ogłosił, że ja nie myślę patriotycznie. I że zgodziłam się być ich (tak, w tym znaczeniu), jeśli Polska jednak wygra. Oczywiście pod moim szalenie serdecznym spojrzeniu, obronił się że przecież żartuje, bo lepiej się śmiać niż płakać. Aczkolwiek drugi stwierdził, że on nie żartuje.
Potem coś prawił o spoglądaniu mi w oczy. Mój słit roommate mówił jeszcze, że nigdy nie wie, kiedy ja żartuję. Chciałam mu powiedzieć, że ja cały czas na serio mówię, a mój ironiczny stosunek do niego to skutek uboczny braku sympatii... Ale nie powiedziałam, publiczność mnie nie bawi.
Pośmialiśmy się z Miśki, ze mnie, z roommate'a i pooglądaliśmy mecz, w oparach piwa, imbiru i orzeszków solonych z puszki. Wbrew pozorom - było miło!
poniedziałek, 27 lutego 2012
That awkward moment...
To uczucie, kiedy twój "ukochany" roommate znalazł sobie w tobie kozła ofiarnego. Byłam za miła, zbyt pobłażliwa. Widocznie fakt, że pozwoliłam mu tutaj zamieszkać w środku mroźnej zimy jakoś go nie obchodzi. Chyba się przeliczył. Mimo wszystko, to bardziej mój pokój niż jego. Od dzisiaj więc, kiedy to miarka się stanowczo przebrała, zamierzam być wredna. Bo potrafię. Dlaczego to mi ma być źle, skoro to on jest nieproszonym gościem?
Na początek może wredne docinki? A jak to nie pomoże... Różne przypadki chodzą po ludziach. Czasem się coś niespodziewanie wyłącza, gubi, jest nie w tym miejscu w którym powinno...
Normalnie jestem dobra, miła i nie gryzę, naprawdę! Ale przecież nie dam się jakiemuś debilowi, no!
Ugh... Serio. Muszę pomyśleć, jak utrudnić mu życie.
P.S.
Najbardziej pomocni okazują się ci, po których najmniej się tego człowiek spodziewa. Przykre. Ale prawdziwe.
Na początek może wredne docinki? A jak to nie pomoże... Różne przypadki chodzą po ludziach. Czasem się coś niespodziewanie wyłącza, gubi, jest nie w tym miejscu w którym powinno...
Normalnie jestem dobra, miła i nie gryzę, naprawdę! Ale przecież nie dam się jakiemuś debilowi, no!
Ugh... Serio. Muszę pomyśleć, jak utrudnić mu życie.
P.S.
Najbardziej pomocni okazują się ci, po których najmniej się tego człowiek spodziewa. Przykre. Ale prawdziwe.
niedziela, 26 lutego 2012
piątek, 24 lutego 2012
Przebudzenie zombie, czyli interpretacja własna
- Mamy ją.Jak to ktoś określił, poród albo zombie. Tak mi się spodobało, że wrzucam i tutaj z braku laku na coś lepszego do napisania.
Czyjś płacz.
- Dzięki Bogu…
Ból.
- Musi wypoczywać. Proszę jej to podawać dwa razy dziennie.
Kroki.
- Dziękuję panie doktorze, tak bardzo…
Przeraźliwe zimno.
- Już spokojnie, opanowaliśmy sytuację. Kiedy wydobrzeje, trzeba zrobić badania, może jakaś kuracja, sanatorium…
Zatrzaskujący się zamek.
- Tak, tak, oczywiście. Jeszcze raz dziękuję…
Cisza i ciemność.
Właśnie tak przywrócono ją do szarej rzeczywistości. A ktoś pytał chociaż czy ona tego chce?
Nie.
A poza tym joga to zUo. Nie żeby była jakoś szczególnie okropna, nie, nie. Po prostu wszystko po niej boli. A poza tym moja koordynacja ruchowa kuleje i mylą mi się strony, plączę się we własne nogi i inne takie.
P.S.

P.S.S
Zostawię was z tym, co znów powróciło. Prosi się uprzejmie o założenie słuchawek na uszy. Za szkodliwe treści nie biorę odpowiedzialności!
Ohhhhhhhhh Glory
wtorek, 21 lutego 2012
The end of the world, naprawdę!
Wszystko było fajnie. Serio. Nawet miałam dobry humor. Ale oczywiście w niedzielę wieczorem postanowił wrócić mój roommate. I wszystko poszło się... Wszystko się skomplikowało. Może by było prościej gdyby to była dziewczyna a nie koleś? A może byłoby jeszcze prościej gdyby to była w ogóle inna osoba. Z miejsca mnie wkurzył, i to tak potężnie. Wpadł do pokoju, postał z 2 minuty i stwierdził wesoło "gorąco tutaj". Zakręcił kaloryfer i otworzył okno.
Koleś, może dlatego gorąco, że stoisz w kurtce zimowej w mieszkaniu?!
Muszę dodawać, że ze mnie jest mały zmarzluch? No ale hello, jest zima, luty, w mieszkaniu powinno być ciepło. Poza tym ma głupi nawyk, że idzie spać gdzieś mniej więcej po 23.00 i musi być wtedy cichutko. Więc sobie wyobraźcie, że dla takiej osoby jak ja, która musi być naprawdę zmęczona żeby zasnąć, to katorga. Przeszkadza mu włączony TV, ma beznadziejne słuchawki (zawsze słyszę jak słucha swojej Briney Spears) i się rządzi. Oh, a największa wada? JEST FACETEM! Nie obrażam żadnych facetów, ale to nie mój facet a muszę z nim mieszkać. Tak, nie jest to fajne.
A z pozytywnych aspektów, postanowiłam się czymś z wami podzielić. Ostatnio czas mi na tym upływa, iż pisam sobie jakieś bzdury. Z fanficami chyba skończyłam, nie wyrosłam, czytać nadal lubię, ale nie wiem czy jeszcze jakiegokolwiek kiedykolwiek napiszę...
Ale mam dla was coś innego, nie zmuszam do czytania, ale jakby się wam chciało... To zapraszam, będzie mi miło.
Koleś, może dlatego gorąco, że stoisz w kurtce zimowej w mieszkaniu?!
Muszę dodawać, że ze mnie jest mały zmarzluch? No ale hello, jest zima, luty, w mieszkaniu powinno być ciepło. Poza tym ma głupi nawyk, że idzie spać gdzieś mniej więcej po 23.00 i musi być wtedy cichutko. Więc sobie wyobraźcie, że dla takiej osoby jak ja, która musi być naprawdę zmęczona żeby zasnąć, to katorga. Przeszkadza mu włączony TV, ma beznadziejne słuchawki (zawsze słyszę jak słucha swojej Briney Spears) i się rządzi. Oh, a największa wada? JEST FACETEM! Nie obrażam żadnych facetów, ale to nie mój facet a muszę z nim mieszkać. Tak, nie jest to fajne.
A z pozytywnych aspektów, postanowiłam się czymś z wami podzielić. Ostatnio czas mi na tym upływa, iż pisam sobie jakieś bzdury. Z fanficami chyba skończyłam, nie wyrosłam, czytać nadal lubię, ale nie wiem czy jeszcze jakiegokolwiek kiedykolwiek napiszę...
Ale mam dla was coś innego, nie zmuszam do czytania, ale jakby się wam chciało... To zapraszam, będzie mi miło.
1
Uchyliła delikatnie lekko skrzypiące drzwi i weszła do pokoju. Jej obecność wzburzyła dotąd uśpione drobinki kurzu, które teraz tańczyły w powietrzu jak stado miniaturowych motylków. Przez chwilę trwała w bezruchu, oczekując że świat nagle się zawali albo stanie się inne nieszczęście. Nic takiego jednak się nie stało, nic na nią nie wskoczyło, nie próbowało zabić ani wyrządzić jakiejkolwiek krzywdy. Kurz nadal latał w powietrzu, a słońce nadal tak samo wpadało przez okno jak kilka sekund wcześniej. Przed czym więc tak ją ostrzegano? Nie widziała powodu do tak poważnej histerii. Rozejrzała się po pomieszczeniu, wciąż stojąc przy otwartych drzwiach. Mimo wszystko, wpojony w nią przez ciotkę strach, nie pozwalał jej zamknąć tych wrót do świata, który był rzekomo tak bezpieczny i lepszy niż Pokój. Wciąż nie dostrzegała niczego, co mogłoby wywołać jakikolwiek niepokój. Pomieszczenie nie było przesadnie wielkie, nie było nawet jakoś specjalnie umeblowane. Łóżko z żelazną ramą, swoją drogą bardzo piękną, stało na wprost drzwi. Pod tą samą ścianą stała masywna, stara szafa, w podobnym klimacie co łóżko. Do tego niewielkie biureczko pod oknem, dobrane do szafy, w tym samym kolorze mahoniu. Podłoga była naga, zwykłe deski, pokryte grubą warstwą kurzu, jak wszystko w Pokoju. Widać było, że nikt tutaj nie wchodził od wieków. Uwagę dziewczyny nie przykuł jednak żaden z mebli, choć wydawały się najważniejsze w tym pokoju. Naprzeciw okna, po jej prawej, wisiał obraz. Był duży, być może tak duży jak wysoka była dziewczyna. Rama była ciemnobrązowa, ze starannie wyrzeźbionymi kwiatami na całej długości desek. Ale sam obraz był zasłonięty czarną płachtą. I właśnie do obrazu postanowiła podejść najpierw. Dlaczego był zasłonięty?
Pewnie nie chcieli by się zakurzył…
Chciała tylko zajrzeć pod czarny materiał, sprawdzić, ale zbyt ściśle przylegał do obrazu, był jakby przyklejony do malunku. Może ktoś przykrył obraz tuż po jego wykonaniu i materiał przykleił się do farby? Ale to by znaczyło, że obraz jest zniszczony, więc po co wieszać takie nieudane dzieło? Szarpnęła odrobinkę mocniej i coś się ruszyło. Niewielki skrawek materiału odczepił się, a dziewczyna mogła dostrzec czarne tło. Wtedy też wyczuła wibracje, najpierw delikatne, ale z sekundy na sekundę coraz silniejsze. Wszystko zaczęło się trząść. Meble wydawały trzeszczące dźwięki, jakby miały się zaraz rozpaść. Deski z podłogi zaczęły się wyginać i wyskakiwać ze swoich miejsc. Kurz stał się nieznośnie duszący. Dziewczyna zaczęła kaszleć, łzy napłynęły jej do oczu. Nagle podłoga pod nią pękła, zapadając się. Ostatnie co zobaczyła to ciemność. Zapamiętała jeszcze jedno – ktoś przeraźliwie krzyczał.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







