Mecz Polska - Portugalia nie zakończył się tak jak myślałam (zakładałam, że przegramy), ale remis też dobry. Nie dlatego, że nie jestem patriotką! Jestem, jestem... Ale myślałam, że przegramy.
A potem to już się o to prawie modliłam. Prawie, bo się nie modlę. Wszystko przez chłopaków! Mój współlokator ogłosił, że ja nie myślę patriotycznie. I że zgodziłam się być ich (tak, w tym znaczeniu), jeśli Polska jednak wygra. Oczywiście pod moim szalenie serdecznym spojrzeniu, obronił się że przecież żartuje, bo lepiej się śmiać niż płakać. Aczkolwiek drugi stwierdził, że on nie żartuje.
Potem coś prawił o spoglądaniu mi w oczy. Mój słit roommate mówił jeszcze, że nigdy nie wie, kiedy ja żartuję. Chciałam mu powiedzieć, że ja cały czas na serio mówię, a mój ironiczny stosunek do niego to skutek uboczny braku sympatii... Ale nie powiedziałam, publiczność mnie nie bawi.
Pośmialiśmy się z Miśki, ze mnie, z roommate'a i pooglądaliśmy mecz, w oparach piwa, imbiru i orzeszków solonych z puszki. Wbrew pozorom - było miło!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz