Mecz Polska - Portugalia nie zakończył się tak jak myślałam (zakładałam, że przegramy), ale remis też dobry. Nie dlatego, że nie jestem patriotką! Jestem, jestem... Ale myślałam, że przegramy.
A potem to już się o to prawie modliłam. Prawie, bo się nie modlę. Wszystko przez chłopaków! Mój współlokator ogłosił, że ja nie myślę patriotycznie. I że zgodziłam się być ich (tak, w tym znaczeniu), jeśli Polska jednak wygra. Oczywiście pod moim szalenie serdecznym spojrzeniu, obronił się że przecież żartuje, bo lepiej się śmiać niż płakać. Aczkolwiek drugi stwierdził, że on nie żartuje.
Potem coś prawił o spoglądaniu mi w oczy. Mój słit roommate mówił jeszcze, że nigdy nie wie, kiedy ja żartuję. Chciałam mu powiedzieć, że ja cały czas na serio mówię, a mój ironiczny stosunek do niego to skutek uboczny braku sympatii... Ale nie powiedziałam, publiczność mnie nie bawi.
Pośmialiśmy się z Miśki, ze mnie, z roommate'a i pooglądaliśmy mecz, w oparach piwa, imbiru i orzeszków solonych z puszki. Wbrew pozorom - było miło!
środa, 29 lutego 2012
poniedziałek, 27 lutego 2012
That awkward moment...
To uczucie, kiedy twój "ukochany" roommate znalazł sobie w tobie kozła ofiarnego. Byłam za miła, zbyt pobłażliwa. Widocznie fakt, że pozwoliłam mu tutaj zamieszkać w środku mroźnej zimy jakoś go nie obchodzi. Chyba się przeliczył. Mimo wszystko, to bardziej mój pokój niż jego. Od dzisiaj więc, kiedy to miarka się stanowczo przebrała, zamierzam być wredna. Bo potrafię. Dlaczego to mi ma być źle, skoro to on jest nieproszonym gościem?
Na początek może wredne docinki? A jak to nie pomoże... Różne przypadki chodzą po ludziach. Czasem się coś niespodziewanie wyłącza, gubi, jest nie w tym miejscu w którym powinno...
Normalnie jestem dobra, miła i nie gryzę, naprawdę! Ale przecież nie dam się jakiemuś debilowi, no!
Ugh... Serio. Muszę pomyśleć, jak utrudnić mu życie.
P.S.
Najbardziej pomocni okazują się ci, po których najmniej się tego człowiek spodziewa. Przykre. Ale prawdziwe.
Na początek może wredne docinki? A jak to nie pomoże... Różne przypadki chodzą po ludziach. Czasem się coś niespodziewanie wyłącza, gubi, jest nie w tym miejscu w którym powinno...
Normalnie jestem dobra, miła i nie gryzę, naprawdę! Ale przecież nie dam się jakiemuś debilowi, no!
Ugh... Serio. Muszę pomyśleć, jak utrudnić mu życie.
P.S.
Najbardziej pomocni okazują się ci, po których najmniej się tego człowiek spodziewa. Przykre. Ale prawdziwe.
niedziela, 26 lutego 2012
piątek, 24 lutego 2012
Przebudzenie zombie, czyli interpretacja własna
- Mamy ją.Jak to ktoś określił, poród albo zombie. Tak mi się spodobało, że wrzucam i tutaj z braku laku na coś lepszego do napisania.
Czyjś płacz.
- Dzięki Bogu…
Ból.
- Musi wypoczywać. Proszę jej to podawać dwa razy dziennie.
Kroki.
- Dziękuję panie doktorze, tak bardzo…
Przeraźliwe zimno.
- Już spokojnie, opanowaliśmy sytuację. Kiedy wydobrzeje, trzeba zrobić badania, może jakaś kuracja, sanatorium…
Zatrzaskujący się zamek.
- Tak, tak, oczywiście. Jeszcze raz dziękuję…
Cisza i ciemność.
Właśnie tak przywrócono ją do szarej rzeczywistości. A ktoś pytał chociaż czy ona tego chce?
Nie.
A poza tym joga to zUo. Nie żeby była jakoś szczególnie okropna, nie, nie. Po prostu wszystko po niej boli. A poza tym moja koordynacja ruchowa kuleje i mylą mi się strony, plączę się we własne nogi i inne takie.
P.S.

P.S.S
Zostawię was z tym, co znów powróciło. Prosi się uprzejmie o założenie słuchawek na uszy. Za szkodliwe treści nie biorę odpowiedzialności!
Ohhhhhhhhh Glory
wtorek, 21 lutego 2012
The end of the world, naprawdę!
Wszystko było fajnie. Serio. Nawet miałam dobry humor. Ale oczywiście w niedzielę wieczorem postanowił wrócić mój roommate. I wszystko poszło się... Wszystko się skomplikowało. Może by było prościej gdyby to była dziewczyna a nie koleś? A może byłoby jeszcze prościej gdyby to była w ogóle inna osoba. Z miejsca mnie wkurzył, i to tak potężnie. Wpadł do pokoju, postał z 2 minuty i stwierdził wesoło "gorąco tutaj". Zakręcił kaloryfer i otworzył okno.
Koleś, może dlatego gorąco, że stoisz w kurtce zimowej w mieszkaniu?!
Muszę dodawać, że ze mnie jest mały zmarzluch? No ale hello, jest zima, luty, w mieszkaniu powinno być ciepło. Poza tym ma głupi nawyk, że idzie spać gdzieś mniej więcej po 23.00 i musi być wtedy cichutko. Więc sobie wyobraźcie, że dla takiej osoby jak ja, która musi być naprawdę zmęczona żeby zasnąć, to katorga. Przeszkadza mu włączony TV, ma beznadziejne słuchawki (zawsze słyszę jak słucha swojej Briney Spears) i się rządzi. Oh, a największa wada? JEST FACETEM! Nie obrażam żadnych facetów, ale to nie mój facet a muszę z nim mieszkać. Tak, nie jest to fajne.
A z pozytywnych aspektów, postanowiłam się czymś z wami podzielić. Ostatnio czas mi na tym upływa, iż pisam sobie jakieś bzdury. Z fanficami chyba skończyłam, nie wyrosłam, czytać nadal lubię, ale nie wiem czy jeszcze jakiegokolwiek kiedykolwiek napiszę...
Ale mam dla was coś innego, nie zmuszam do czytania, ale jakby się wam chciało... To zapraszam, będzie mi miło.
Koleś, może dlatego gorąco, że stoisz w kurtce zimowej w mieszkaniu?!
Muszę dodawać, że ze mnie jest mały zmarzluch? No ale hello, jest zima, luty, w mieszkaniu powinno być ciepło. Poza tym ma głupi nawyk, że idzie spać gdzieś mniej więcej po 23.00 i musi być wtedy cichutko. Więc sobie wyobraźcie, że dla takiej osoby jak ja, która musi być naprawdę zmęczona żeby zasnąć, to katorga. Przeszkadza mu włączony TV, ma beznadziejne słuchawki (zawsze słyszę jak słucha swojej Briney Spears) i się rządzi. Oh, a największa wada? JEST FACETEM! Nie obrażam żadnych facetów, ale to nie mój facet a muszę z nim mieszkać. Tak, nie jest to fajne.
A z pozytywnych aspektów, postanowiłam się czymś z wami podzielić. Ostatnio czas mi na tym upływa, iż pisam sobie jakieś bzdury. Z fanficami chyba skończyłam, nie wyrosłam, czytać nadal lubię, ale nie wiem czy jeszcze jakiegokolwiek kiedykolwiek napiszę...
Ale mam dla was coś innego, nie zmuszam do czytania, ale jakby się wam chciało... To zapraszam, będzie mi miło.
1
Uchyliła delikatnie lekko skrzypiące drzwi i weszła do pokoju. Jej obecność wzburzyła dotąd uśpione drobinki kurzu, które teraz tańczyły w powietrzu jak stado miniaturowych motylków. Przez chwilę trwała w bezruchu, oczekując że świat nagle się zawali albo stanie się inne nieszczęście. Nic takiego jednak się nie stało, nic na nią nie wskoczyło, nie próbowało zabić ani wyrządzić jakiejkolwiek krzywdy. Kurz nadal latał w powietrzu, a słońce nadal tak samo wpadało przez okno jak kilka sekund wcześniej. Przed czym więc tak ją ostrzegano? Nie widziała powodu do tak poważnej histerii. Rozejrzała się po pomieszczeniu, wciąż stojąc przy otwartych drzwiach. Mimo wszystko, wpojony w nią przez ciotkę strach, nie pozwalał jej zamknąć tych wrót do świata, który był rzekomo tak bezpieczny i lepszy niż Pokój. Wciąż nie dostrzegała niczego, co mogłoby wywołać jakikolwiek niepokój. Pomieszczenie nie było przesadnie wielkie, nie było nawet jakoś specjalnie umeblowane. Łóżko z żelazną ramą, swoją drogą bardzo piękną, stało na wprost drzwi. Pod tą samą ścianą stała masywna, stara szafa, w podobnym klimacie co łóżko. Do tego niewielkie biureczko pod oknem, dobrane do szafy, w tym samym kolorze mahoniu. Podłoga była naga, zwykłe deski, pokryte grubą warstwą kurzu, jak wszystko w Pokoju. Widać było, że nikt tutaj nie wchodził od wieków. Uwagę dziewczyny nie przykuł jednak żaden z mebli, choć wydawały się najważniejsze w tym pokoju. Naprzeciw okna, po jej prawej, wisiał obraz. Był duży, być może tak duży jak wysoka była dziewczyna. Rama była ciemnobrązowa, ze starannie wyrzeźbionymi kwiatami na całej długości desek. Ale sam obraz był zasłonięty czarną płachtą. I właśnie do obrazu postanowiła podejść najpierw. Dlaczego był zasłonięty?
Pewnie nie chcieli by się zakurzył…
Chciała tylko zajrzeć pod czarny materiał, sprawdzić, ale zbyt ściśle przylegał do obrazu, był jakby przyklejony do malunku. Może ktoś przykrył obraz tuż po jego wykonaniu i materiał przykleił się do farby? Ale to by znaczyło, że obraz jest zniszczony, więc po co wieszać takie nieudane dzieło? Szarpnęła odrobinkę mocniej i coś się ruszyło. Niewielki skrawek materiału odczepił się, a dziewczyna mogła dostrzec czarne tło. Wtedy też wyczuła wibracje, najpierw delikatne, ale z sekundy na sekundę coraz silniejsze. Wszystko zaczęło się trząść. Meble wydawały trzeszczące dźwięki, jakby miały się zaraz rozpaść. Deski z podłogi zaczęły się wyginać i wyskakiwać ze swoich miejsc. Kurz stał się nieznośnie duszący. Dziewczyna zaczęła kaszleć, łzy napłynęły jej do oczu. Nagle podłoga pod nią pękła, zapadając się. Ostatnie co zobaczyła to ciemność. Zapamiętała jeszcze jedno – ktoś przeraźliwie krzyczał.
niedziela, 19 lutego 2012
Smerfetti
Mam... Niebieskie ręce. I wyglądam jak niedorobiony Avatar. I nie potrafię tego cholerstwa zmyć. Jak do jutra nie zejdzie to będę chodziła w rękawiczkach po uczelni. A spędzę tam z 10 godzin jak nic. Przykre. Może zejdzie? Takie są skutki farbowania włosów bez rękawiczek.
Problem namber tÓ: melodyjka nie daje za wygraną i cały czas napieprza. Chyba zwariował tam ktoś, seriously... Jeszcze z 2 dni to i ja zwariuję totalnie.
Kolejny problem (żeby nie było, wiem że to trzeci, do tylu umiem liczyć): zaczął się nowy semestr, tym samym znów zaczęły się obowiązki... Trzeba czytać o dziennikarskich źródłach informacji, pisać dziwne artykuły, organizować się w grupy żeby robić jakieś dziwne projekty. Jestem za leniwa. I do tego jeszcze ta joga. Nie będę udawać, że śpię na kasie bo tak nie jest (student dzienny to biedna instytucja). A muszę kupić spodnie dresowe bo pani joginka zażyczyła sobie, żebyśmy miały długie rękawy i nogawki. No hello... Ugh, kasa, kasa, kasa, kasa...
W ogóle miałam piękny plan na weekend: żeby sobie zrobić te cholerne wódkowe żelki - of course zapomniałam. Starość, nie radość. Na dodatek nie wiem kiedy jechać do domu, nie mam zielonego pojęcia. Bla, bla, bla...
Chciałam jeszcze coś napisać. Tylko zapomniałam co! DAMN... Wtf jest z moją pamięcią...
Ok, nieważne. Jeszcze jedna rzecz. Ostatnio ciągle śni mi się ślub. Mój. Z dziwnymi ludźmi. Jak nie z jakimś starym kolesiem to z kolesiem z uczelni. Ale małżeństwo, w pierwszym przypadku jest nieudane. A w drugim wypadku w ogóle do niego nie dochodzi bo... lwy nam przeszkadzają. Nie będę snów opowiadać bo są żałosne ale sam fakt ślubu... Może sprawdzę w jakimś senniku? Tak zrobię.
Ok, tak więc:
- nieudany ślub - dręczą cię sprawy, na które nie masz wpływu,
- własny ślub - spotka cię wielkie szczęście
No to wszystko już wiem. Mam się bać?
P.S.
Narcystycznie i egoistycznie, może troszkę niegrzecznie (zależy kto w jakim stopniu jest zdemoralizowany)... UWIELBIAM LIZAKI!!!
nieudany ślub - dręczą cię sprawy na które nie masz wpływu
Czytaj więcej - strona www.sennik.in
nieudany ślub - dręczą cię sprawy na które nie masz wpływu
Czytaj więcej - strona www.sennik.in
nieudany ślub - dręczą cię sprawy na które nie masz wpływu
Czytaj więcej - strona www.sennik.in
Problem namber tÓ: melodyjka nie daje za wygraną i cały czas napieprza. Chyba zwariował tam ktoś, seriously... Jeszcze z 2 dni to i ja zwariuję totalnie.
Kolejny problem (żeby nie było, wiem że to trzeci, do tylu umiem liczyć): zaczął się nowy semestr, tym samym znów zaczęły się obowiązki... Trzeba czytać o dziennikarskich źródłach informacji, pisać dziwne artykuły, organizować się w grupy żeby robić jakieś dziwne projekty. Jestem za leniwa. I do tego jeszcze ta joga. Nie będę udawać, że śpię na kasie bo tak nie jest (student dzienny to biedna instytucja). A muszę kupić spodnie dresowe bo pani joginka zażyczyła sobie, żebyśmy miały długie rękawy i nogawki. No hello... Ugh, kasa, kasa, kasa, kasa...
W ogóle miałam piękny plan na weekend: żeby sobie zrobić te cholerne wódkowe żelki - of course zapomniałam. Starość, nie radość. Na dodatek nie wiem kiedy jechać do domu, nie mam zielonego pojęcia. Bla, bla, bla...
Chciałam jeszcze coś napisać. Tylko zapomniałam co! DAMN... Wtf jest z moją pamięcią...
Ok, nieważne. Jeszcze jedna rzecz. Ostatnio ciągle śni mi się ślub. Mój. Z dziwnymi ludźmi. Jak nie z jakimś starym kolesiem to z kolesiem z uczelni. Ale małżeństwo, w pierwszym przypadku jest nieudane. A w drugim wypadku w ogóle do niego nie dochodzi bo... lwy nam przeszkadzają. Nie będę snów opowiadać bo są żałosne ale sam fakt ślubu... Może sprawdzę w jakimś senniku? Tak zrobię.
Ok, tak więc:
- nieudany ślub - dręczą cię sprawy, na które nie masz wpływu,
- własny ślub - spotka cię wielkie szczęście
No to wszystko już wiem. Mam się bać?
P.S.
Narcystycznie i egoistycznie, może troszkę niegrzecznie (zależy kto w jakim stopniu jest zdemoralizowany)... UWIELBIAM LIZAKI!!!
nieudany ślub - dręczą cię sprawy na które nie masz wpływu
Czytaj więcej - strona www.sennik.in
Czytaj więcej - strona www.sennik.in
Czytaj więcej - strona www.sennik.in
sobota, 18 lutego 2012
all we need in this world is some love...
Dzieci trzeba przytulać. Trzeba je głaskać. Trzeba się do nich uśmiechać i poświęcać im uwagę. Nie wolno ich odstawiać do kąta, bo pojawiła się jakaś nowa "zabawka", na przykład kolejne dziecko. To, że dziecko jest ciche, nie znaczy że jest tylko grzeczne. Może nigdy nie było do końca wysłuchane? I dlatego nie lubi mówić. Nieśmiałość nie jest wrodzona, jest nabyta. Tak samo jak utrudnione kontakty w przyszłości. Takie odstawione dziecko już zawsze będzie się czuło gorsze, nawet jeśli jest w czymś dobre. Brak mu pewności siebie, widzi tylko swoje wady a zalety uważa za pychę. Po pewnym czasie zaczyna wszystkich od siebie odpychać. Wszystkim mówi, że jest dobrze tak jak jest, chociaż potrzebuje miłości. Wreszcie zapomina co to uczucia, chociaż w głębi serca bardzo chce je odczuwać.
Podziękujmy więc nieodpowiedzialnym rodzicom za społeczeństwo, które woli rozmawiać i spotykać się w wirtualnym świecie, zamiast przebywać z przyjaciółmi w realu.
Dzieci trzeba przytulać.
Podziękujmy więc nieodpowiedzialnym rodzicom za społeczeństwo, które woli rozmawiać i spotykać się w wirtualnym świecie, zamiast przebywać z przyjaciółmi w realu.
Dzieci trzeba przytulać.
piątek, 17 lutego 2012
Nie ma wzwodu bez powodu
Są różni nauczyciele, wykładowcy czy mentorzy. Jedni bardziej a drudzy mniej postrzeleni. Moja babka od jogi należy do tych bardziej postrzelonych. A pani od Współczesnych Systemów Politycznych... Chyba jest mniej postrzelona od joginki, ale i tak dziwna. Te jej opowieści i powiedzonka...
"Nie ma wzwodu bez powodu", padło dzisiaj z 6 razy w ciągu 1,5 godziny wykładu. Przy czym siedziałam z tyłu i myślałam, że po prostu źle słyszę... Później się okazało, że tak faktycznie jest. Mówiła jeszcze, że "jest jak klapa od sedesu", ale nie doszłam do tego, dlaczego tak właśnie jest.
Postanowiła też opowiedzieć o swojej córeczce, podając nam przy tym pełno niepotrzebnych szczegółów ze swojego życia. Dowiedziałam się m.in., że dziecko poczęło się w dniu, w którym dostała się na Politologię (nie chciałam tego wiedzieć, naprawdę). Powiedziała też, że nic jej w życiu nie wychodzi, małżeństwo, dziecko, nawet bycie politologiem, ale dwie rzeczy robi naprawdę dobrze: jeździ na nartach i prowadzi samochód. Pani profesor uwielbia opowiadać anegdotki ze swojego życia, nie obeszło się więc bez opowieści i swojej córce z okresu gimnazjum.
Dziewczyna przyszła wieczorem do swojej matki, z prośbą o pomoc w nauce WOS-u. Pani profesor bierze zeszyt, patrzy... "wolna erekcja". Taa... Wolna erekcja, to przedłużona gra wstępna - tak powiedział jakiś mądry znajomy mądrej pani profesor.
Wychodzi więc na to, że mądrzy ludzie twierdzą, że wolna erekcja to przedłużona gra wstępna. I nie ma wzwodu bez powodu. Trzeba to sobie zapamiętać.
P.S.
Albo ja zwariowałam i mam schizy, może jakiś guz mózgu odpowiedzialny za omamy, ale... SĄSIEDZI JUŻ 2 DNI NAPIERDALAJĄ CZYMŚ, CAŁĄ NOC I CAŁY DZIEŃ, CO WYDAJE Z SIEBIE DZIWNĄ MELODYJKĘ, JAK Z ZABAWEK DLA DZIECI.
Wszystko jest ok, dopóki mogę mieć głośno włączony telewizor. Sprawa komplikuje się, kiedy jest już późny wieczór i wypada przyciszyć... Ileż można?
P.S.S.
Też was denerwuje, kiedy osoba, która jest wyraźnie szczuplejsza od nas i zdecydowanie nie jest gruba (bo nie ma np. nawet 50kg), narzeka przy was na to jaka to jest nieszczęśliwa bo jest "gruba", czy tylko ja jestem przewrażliwiona?
Moja reakcja w takich chwilach...:
"Nie ma wzwodu bez powodu", padło dzisiaj z 6 razy w ciągu 1,5 godziny wykładu. Przy czym siedziałam z tyłu i myślałam, że po prostu źle słyszę... Później się okazało, że tak faktycznie jest. Mówiła jeszcze, że "jest jak klapa od sedesu", ale nie doszłam do tego, dlaczego tak właśnie jest.
Postanowiła też opowiedzieć o swojej córeczce, podając nam przy tym pełno niepotrzebnych szczegółów ze swojego życia. Dowiedziałam się m.in., że dziecko poczęło się w dniu, w którym dostała się na Politologię (nie chciałam tego wiedzieć, naprawdę). Powiedziała też, że nic jej w życiu nie wychodzi, małżeństwo, dziecko, nawet bycie politologiem, ale dwie rzeczy robi naprawdę dobrze: jeździ na nartach i prowadzi samochód. Pani profesor uwielbia opowiadać anegdotki ze swojego życia, nie obeszło się więc bez opowieści i swojej córce z okresu gimnazjum.
Dziewczyna przyszła wieczorem do swojej matki, z prośbą o pomoc w nauce WOS-u. Pani profesor bierze zeszyt, patrzy... "wolna erekcja". Taa... Wolna erekcja, to przedłużona gra wstępna - tak powiedział jakiś mądry znajomy mądrej pani profesor.
Wychodzi więc na to, że mądrzy ludzie twierdzą, że wolna erekcja to przedłużona gra wstępna. I nie ma wzwodu bez powodu. Trzeba to sobie zapamiętać.
P.S.
Albo ja zwariowałam i mam schizy, może jakiś guz mózgu odpowiedzialny za omamy, ale... SĄSIEDZI JUŻ 2 DNI NAPIERDALAJĄ CZYMŚ, CAŁĄ NOC I CAŁY DZIEŃ, CO WYDAJE Z SIEBIE DZIWNĄ MELODYJKĘ, JAK Z ZABAWEK DLA DZIECI.
Wszystko jest ok, dopóki mogę mieć głośno włączony telewizor. Sprawa komplikuje się, kiedy jest już późny wieczór i wypada przyciszyć... Ileż można?
P.S.S.
Też was denerwuje, kiedy osoba, która jest wyraźnie szczuplejsza od nas i zdecydowanie nie jest gruba (bo nie ma np. nawet 50kg), narzeka przy was na to jaka to jest nieszczęśliwa bo jest "gruba", czy tylko ja jestem przewrażliwiona?
Moja reakcja w takich chwilach...:
czwartek, 16 lutego 2012
Bittersweet
Tak źle a tak niedobrze. Zrobisz komuś coś dobrego - źle. Jesteś najwredniejszą osobą na świecie - źle.
Tłusty czwartek, oglądam sobie głupie seriale w tv i się nudzę. Teoretycznie zawsze można się pouczyć czy tam posprzątać, ale po co?
Zamiast tego można napisać coś słodkiego. Np. małe opowiadanko, króciutkie, krótsze niż nowelka, takie na jedną stronę... A potem je usunąć i opróżnić kosz.
Jestem boska.
Ale boskość studenci nabywają wraz z przeżyciem pierwszej sesji. Wzrasta wtedy kreatywność, podnosi się poziom endorfin a krew staje się błękitna, niczym u najbardziej książęcego księcia w najbardziej królewskim królestwie. Taka historyjka z życia:
Egzamin pisemny, studenci się produkują w pocie czoła, profesor chodzi po sali i pilnuje. Było duszno więc jedno okno jest otwarte. I właśnie przez to okno wlatuje indeks. Profesor go podnosi, wpisuje coś i wyrzuca z powrotem przez okno. Student zdał!
A druga historyjka:
Przychodzi student na egzamin ustny, w zwykłej koszulce, na pewno nie pierwszej świeżości, trochę przybrudzonej i nadpoconej, wyraźnie skacowany. Nie zdał...
Wniosek jest taki: niesztampowe rozwiązania są lepsze niż niestaranne podążanie za tradycją.
Tłusty czwartek, oglądam sobie głupie seriale w tv i się nudzę. Teoretycznie zawsze można się pouczyć czy tam posprzątać, ale po co?
Zamiast tego można napisać coś słodkiego. Np. małe opowiadanko, króciutkie, krótsze niż nowelka, takie na jedną stronę... A potem je usunąć i opróżnić kosz.
Jestem boska.
Ale boskość studenci nabywają wraz z przeżyciem pierwszej sesji. Wzrasta wtedy kreatywność, podnosi się poziom endorfin a krew staje się błękitna, niczym u najbardziej książęcego księcia w najbardziej królewskim królestwie. Taka historyjka z życia:
Egzamin pisemny, studenci się produkują w pocie czoła, profesor chodzi po sali i pilnuje. Było duszno więc jedno okno jest otwarte. I właśnie przez to okno wlatuje indeks. Profesor go podnosi, wpisuje coś i wyrzuca z powrotem przez okno. Student zdał!
A druga historyjka:
Przychodzi student na egzamin ustny, w zwykłej koszulce, na pewno nie pierwszej świeżości, trochę przybrudzonej i nadpoconej, wyraźnie skacowany. Nie zdał...
Wniosek jest taki: niesztampowe rozwiązania są lepsze niż niestaranne podążanie za tradycją.
niedziela, 12 lutego 2012
Hungover, podryw na kafelki i "let's cycki"
Ostatnio mam coś w stylu "życia towarzyskiego", co w moim wypadku jest naprawdę dziwne. Ale za to daje mi możliwość praktykowania "jestem singielką, nie samotna". Ostatnio zdarzyły mi się z 3 wyjścia, w tym dwa całkiem ciekawe.
Aktualnie chyba zdycham na coś na kształt kaca. A nawet nie wypiłam dużo, więc to dziwne. Może po prostu z niewyspania mnie tak głowa nawala. Byłam wczoraj "podensić", jak to określiła moja kumpela. I byłam tam właśnie z tą kumpelą i jej chłopakiem. Nie myślałam, że imprezy w klubach tak wolno się rozkręcają. Na serio. Byliśmy tam tak po 21.00 a na parkiecie - pustki. No to posiedzieliśmy sobie kulturalnie w naszej loży na piętrze. Przy drinkach zwanych "czysta". Of kors nasz szofer tylko przy soczku, z którego dużo nie skorzystał bo mu go wypiłyśmy. Szofer, sponsor i opiekun w jednym! W każdym razie po czasie zaczęło się rozkręcać, chociaż muzyka była beznadziejna, więc też nie można było potańczyć. No ale w końcu, W KOŃCU, się udało! poszliśmy "podensić". Parkiet był stanowczo zbyt mały, było tak ciasno, że nie można się było ruszyć. Wiecie jak boli, kiedy ktoś cię depnie stópką obutą w cholernie wysokie szpilki? Tak, właśnie tak boli.
Zrobiłam jeden podstawowy błąd. Zostawiłam Wojtkowi do pilnowania mój telefon, a on, ciekawski taki, oczywiście musiał pooglądać... Niestety, zdjęcia nieprzeznaczone dla niego skasowałam już po fakcie. Nie powiedział, że oglądał, ale jego chwilowe zawahanie go zdradziło. Nie żebym tam miała jakieś emm... porno self fotki. Nie, nie, nie... Ale mimo wszystko, niefajnie. No ale to tylko Wojtuś, soł nic wielkiego.
Swoją drogą nie miałam tutaj żadnego fajnego topu, takiego który nadawałby się na jakąkolwiek inną imprezę niż domówka. Tak więc PanicGirl wykombinowała, że zastosuje opcję DIY (Do It Yourself - Zrób To Sam, dla niezorientowanych). Wyciągnęłam z szafy moją czarną sukienkę i... obcięłam dół. Taaa... Wyszło troszkę krzywo, ale
a) nikt nie zauważył
b) nie wyglądało źle, naprawdę!
c) gorsze rzeczy ludzie ubierają, uwierzcie.
Wyszła mi moja własna bluzeczka, mogę zakładać kolekcję ubrań! No ale, żeby nie było zbyt fajnie, ten top miał dekolt... Duży dekolt. Nie żeby MI to jakoś specjalnie przeszkadzało. Czasem zamiast luźnego t-shirt'u można ubrać coś bardziej dopasowanego i bardziej... kobiecego, hm? A że ostatnio chyba uzależniłam się od robienia zdjęć kamerką internetową, chyba podobnie jak pewna osóbka (ekhmSarahekhm), zrobiłam fotkę. W sumie... Łosiek chciał (tak, zwalam na Ciebie!). Wstawiłam na fejsbÓka, patrzę na komentarz... "Let's cycki". No naprawdę. I pisze to koleś, który pokłócił się ze swoją dziewczyną na imprezie a potem bezczelnie się do mnie lepił. Srsly, ludzie są dziwni. Tak jak reszta kolesi, którzy normalnie do mnie nie gadali od gimnazjum a nagle zaczęli "lajkować" moje fotki czy jakieś statusy. Wniosek? Zrób durną "słodką" minkę, wystaw cycki na wierzch i jak nic, wzrasta ci popularność wśród płci przeciwnej. I nie tylko...
Aczkolwiek odeszłam od głównego tematu tego posta, mianowicie impreza. Tańczyłam z kumpelą i jej chłopakiem, przy czym kumpela była w środku, więc wyszła nam tzw. kanapka. Faceci lubią jak dwie dziewczyny tańczą razem, naprawdę. Co chwilkę któryś tam mnie smyrał po biodrach (co bezczelniejszy nawet po brzuchu!), żeby z nim zatańczyć, aczkolwiek z racji tego, że byłam odwrócona do kumpeli przodem, nie widziałam cóż tam za monstrum aktualnie stoi za mną. Więc robiłyśmy lesbijski chwyt "ona jest moja", jeśli koleś nie był wystarczająco normalny. W końcu jeden chyba odważniejszy, centralnie wjebał się między nas i powiedział coś w stylu "Lubisz tańczyć z koleżanką? Chyba nieee... Potańcz ze mną". A że nie był najgorszy... Najlepszy też nie, ale kto tam jest idealny na tym świecie. Za to miał fajnego kolegę (taaa...). I ten koleś właśnie sypał tekstami z poradnika "Tani podryw" jak z rękawa. Oto kilka przykładów:
- Brzydkie te kafelki. Nie patrz na nie, patrz mi w oczy.
- Ja myślę, że twój strój nie odzwierciedla tego, jaka jesteś naprawdę.
- Szkoda, że tutaj nie można pogadać.
Taka przestroga - podryw na kafelki rozbawił mnie do łez. Naprawdę, to było zabawne. A może ja już byłam troszku wstawiona? Nie wiem...
Ah, a propos picia! Taka info na forum dla Mateusza: NIE, SPOKOJNIE, MOGĘ PIĆ, PALIĆ, ĆPAĆ I ROBIĆ INNE RZECZY. Ok, koniec komunikatu.
Inny komunikat: nie jestem alkoholiczką, nie chleję do upadłego, nie palę (chyba że biernie) i nie ćpam (chyba że o tym nie wiem?). Koniec komunikatu 2.0.
Na imprezę miałam 5 dych, wyszło na to, że nie wydałam ani złotówki. Widocznie mój urok osobisty i wdzięki (tak, mówię o przepastnym dekolcie wczorajszej nocy), nakłoniły płeć podobno brzydką, do bycia dla mnie miłym. Ale i tak, następnym razem, jak pójdę gdzieś z tą moją parką do trójkącika (mhm, wszyscy się kochamy już od liceum), to postawie im po soczku dla szofera i czymś tam dla przyjaciółki, bo mi głupio, że nie mój facet a mi stawiał drinki. Innych olać, nawet imion nie pamiętam. W ogóle, takie kluby, to wylęgarnia napakowanych kolesi, w białych, obcisłych koszulkach, po solarium. Białe koszulki ładnie świecą. Tak jak niewidzialna pieczątka, którą chyba jeszcze mam nawet na nadgarstku. Koło 2.00 w nocy już totalnie wymiękliśmy. Potem wyruszyliśmy na poszukiwania samochodu. Zaparkowaliśmy na piętrowym parkingu centrum handlowego. Ale nie przewidzieliśmy faktu, że o 24.00 centrum zamykają, razem z kinem. I przykro. Chwila paniki (Panika! W Dyskotece), jak dostaniemy się do domu????
Daliśmy radę, parking był na szczęście otwarty. Ufff...
Dotarłam do domku koło 3.00 w nocy, mama JUŻ nie spała, czekała na mnie (słitaśnie). Pomyliła chyba zapach piwa z zapachem papierosów (ale jakoś mi to nie przeszkadza, serio). Zmyłam makijaż, poszłam spać a tu psikus. Nie umiałam spać. I nie spałam. Przedrzemałam może godzinę. I dlatego myślę, że boli mnie głowa, bo w końcu nie wypiłam nawet tyle, by kręciło mi się w głowie. Tylko troszkę, dla dobrej zabawy.
Zauważyłam, że faceci jedno mówią, drugie robią. Ale w gruncie rzeczy są fajni. Jak masz dekolt to wszędzie cię wpuszczą. Takim sposobem wyhaczyłam 3 kolesi, każdy coś mi postawił w zamian za malutkie ocieranko na parkiecie. A wiecie jak fajnie się tańczy w "kółeczku" na środku? Bardzo fajnie! Normalnie mi się nie podoba jak wszyscy na mnie patrzą, ale wczoraj mi nie przeszkadzało. Niektóre laski w tym klubie miały dziwną manię poręczy i przejść. Tańczyły przy barierkach, trzepiąc włosami na prawo i lewo, albo w przejściach, i robiły dziwne miny kiedy ktoś chciał przejść. Jakby bardziej na miejscu było trzęsienie dupą na schodach niż chodzenie po nich. Ludzie są dziwni.
Ugh, muszę wracać do swojego mieszkania, post napisany na szybko, póki jeszcze pamiętam co zaplanowałam napisać w nocy. Wish me luck na uczelni!
P.S.
Nie szerzę tutaj żadnych szkodliwych treści, naprawdę. Opowiadam tylko o ocieraniu się (na tym niestety polega taniec na ciasnym parkiecie) o siebie, piciu i dobrej zabawie.
P.S.S

Ja z wczoraj, zdjęcie "Let's cycki". I dziubek <3
Aktualnie chyba zdycham na coś na kształt kaca. A nawet nie wypiłam dużo, więc to dziwne. Może po prostu z niewyspania mnie tak głowa nawala. Byłam wczoraj "podensić", jak to określiła moja kumpela. I byłam tam właśnie z tą kumpelą i jej chłopakiem. Nie myślałam, że imprezy w klubach tak wolno się rozkręcają. Na serio. Byliśmy tam tak po 21.00 a na parkiecie - pustki. No to posiedzieliśmy sobie kulturalnie w naszej loży na piętrze. Przy drinkach zwanych "czysta". Of kors nasz szofer tylko przy soczku, z którego dużo nie skorzystał bo mu go wypiłyśmy. Szofer, sponsor i opiekun w jednym! W każdym razie po czasie zaczęło się rozkręcać, chociaż muzyka była beznadziejna, więc też nie można było potańczyć. No ale w końcu, W KOŃCU, się udało! poszliśmy "podensić". Parkiet był stanowczo zbyt mały, było tak ciasno, że nie można się było ruszyć. Wiecie jak boli, kiedy ktoś cię depnie stópką obutą w cholernie wysokie szpilki? Tak, właśnie tak boli.
Zrobiłam jeden podstawowy błąd. Zostawiłam Wojtkowi do pilnowania mój telefon, a on, ciekawski taki, oczywiście musiał pooglądać... Niestety, zdjęcia nieprzeznaczone dla niego skasowałam już po fakcie. Nie powiedział, że oglądał, ale jego chwilowe zawahanie go zdradziło. Nie żebym tam miała jakieś emm... porno self fotki. Nie, nie, nie... Ale mimo wszystko, niefajnie. No ale to tylko Wojtuś, soł nic wielkiego.
Swoją drogą nie miałam tutaj żadnego fajnego topu, takiego który nadawałby się na jakąkolwiek inną imprezę niż domówka. Tak więc PanicGirl wykombinowała, że zastosuje opcję DIY (Do It Yourself - Zrób To Sam, dla niezorientowanych). Wyciągnęłam z szafy moją czarną sukienkę i... obcięłam dół. Taaa... Wyszło troszkę krzywo, ale
a) nikt nie zauważył
b) nie wyglądało źle, naprawdę!
c) gorsze rzeczy ludzie ubierają, uwierzcie.
Wyszła mi moja własna bluzeczka, mogę zakładać kolekcję ubrań! No ale, żeby nie było zbyt fajnie, ten top miał dekolt... Duży dekolt. Nie żeby MI to jakoś specjalnie przeszkadzało. Czasem zamiast luźnego t-shirt'u można ubrać coś bardziej dopasowanego i bardziej... kobiecego, hm? A że ostatnio chyba uzależniłam się od robienia zdjęć kamerką internetową, chyba podobnie jak pewna osóbka (ekhmSarahekhm), zrobiłam fotkę. W sumie... Łosiek chciał (tak, zwalam na Ciebie!). Wstawiłam na fejsbÓka, patrzę na komentarz... "Let's cycki". No naprawdę. I pisze to koleś, który pokłócił się ze swoją dziewczyną na imprezie a potem bezczelnie się do mnie lepił. Srsly, ludzie są dziwni. Tak jak reszta kolesi, którzy normalnie do mnie nie gadali od gimnazjum a nagle zaczęli "lajkować" moje fotki czy jakieś statusy. Wniosek? Zrób durną "słodką" minkę, wystaw cycki na wierzch i jak nic, wzrasta ci popularność wśród płci przeciwnej. I nie tylko...
Aczkolwiek odeszłam od głównego tematu tego posta, mianowicie impreza. Tańczyłam z kumpelą i jej chłopakiem, przy czym kumpela była w środku, więc wyszła nam tzw. kanapka. Faceci lubią jak dwie dziewczyny tańczą razem, naprawdę. Co chwilkę któryś tam mnie smyrał po biodrach (co bezczelniejszy nawet po brzuchu!), żeby z nim zatańczyć, aczkolwiek z racji tego, że byłam odwrócona do kumpeli przodem, nie widziałam cóż tam za monstrum aktualnie stoi za mną. Więc robiłyśmy lesbijski chwyt "ona jest moja", jeśli koleś nie był wystarczająco normalny. W końcu jeden chyba odważniejszy, centralnie wjebał się między nas i powiedział coś w stylu "Lubisz tańczyć z koleżanką? Chyba nieee... Potańcz ze mną". A że nie był najgorszy... Najlepszy też nie, ale kto tam jest idealny na tym świecie. Za to miał fajnego kolegę (taaa...). I ten koleś właśnie sypał tekstami z poradnika "Tani podryw" jak z rękawa. Oto kilka przykładów:
- Brzydkie te kafelki. Nie patrz na nie, patrz mi w oczy.
- Ja myślę, że twój strój nie odzwierciedla tego, jaka jesteś naprawdę.
- Szkoda, że tutaj nie można pogadać.
Taka przestroga - podryw na kafelki rozbawił mnie do łez. Naprawdę, to było zabawne. A może ja już byłam troszku wstawiona? Nie wiem...
Ah, a propos picia! Taka info na forum dla Mateusza: NIE, SPOKOJNIE, MOGĘ PIĆ, PALIĆ, ĆPAĆ I ROBIĆ INNE RZECZY. Ok, koniec komunikatu.
Inny komunikat: nie jestem alkoholiczką, nie chleję do upadłego, nie palę (chyba że biernie) i nie ćpam (chyba że o tym nie wiem?). Koniec komunikatu 2.0.
Na imprezę miałam 5 dych, wyszło na to, że nie wydałam ani złotówki. Widocznie mój urok osobisty i wdzięki (tak, mówię o przepastnym dekolcie wczorajszej nocy), nakłoniły płeć podobno brzydką, do bycia dla mnie miłym. Ale i tak, następnym razem, jak pójdę gdzieś z tą moją parką do trójkącika (mhm, wszyscy się kochamy już od liceum), to postawie im po soczku dla szofera i czymś tam dla przyjaciółki, bo mi głupio, że nie mój facet a mi stawiał drinki. Innych olać, nawet imion nie pamiętam. W ogóle, takie kluby, to wylęgarnia napakowanych kolesi, w białych, obcisłych koszulkach, po solarium. Białe koszulki ładnie świecą. Tak jak niewidzialna pieczątka, którą chyba jeszcze mam nawet na nadgarstku. Koło 2.00 w nocy już totalnie wymiękliśmy. Potem wyruszyliśmy na poszukiwania samochodu. Zaparkowaliśmy na piętrowym parkingu centrum handlowego. Ale nie przewidzieliśmy faktu, że o 24.00 centrum zamykają, razem z kinem. I przykro. Chwila paniki (Panika! W Dyskotece), jak dostaniemy się do domu????
Daliśmy radę, parking był na szczęście otwarty. Ufff...
Dotarłam do domku koło 3.00 w nocy, mama JUŻ nie spała, czekała na mnie (słitaśnie). Pomyliła chyba zapach piwa z zapachem papierosów (ale jakoś mi to nie przeszkadza, serio). Zmyłam makijaż, poszłam spać a tu psikus. Nie umiałam spać. I nie spałam. Przedrzemałam może godzinę. I dlatego myślę, że boli mnie głowa, bo w końcu nie wypiłam nawet tyle, by kręciło mi się w głowie. Tylko troszkę, dla dobrej zabawy.
Zauważyłam, że faceci jedno mówią, drugie robią. Ale w gruncie rzeczy są fajni. Jak masz dekolt to wszędzie cię wpuszczą. Takim sposobem wyhaczyłam 3 kolesi, każdy coś mi postawił w zamian za malutkie ocieranko na parkiecie. A wiecie jak fajnie się tańczy w "kółeczku" na środku? Bardzo fajnie! Normalnie mi się nie podoba jak wszyscy na mnie patrzą, ale wczoraj mi nie przeszkadzało. Niektóre laski w tym klubie miały dziwną manię poręczy i przejść. Tańczyły przy barierkach, trzepiąc włosami na prawo i lewo, albo w przejściach, i robiły dziwne miny kiedy ktoś chciał przejść. Jakby bardziej na miejscu było trzęsienie dupą na schodach niż chodzenie po nich. Ludzie są dziwni.
Ugh, muszę wracać do swojego mieszkania, post napisany na szybko, póki jeszcze pamiętam co zaplanowałam napisać w nocy. Wish me luck na uczelni!
P.S.
Nie szerzę tutaj żadnych szkodliwych treści, naprawdę. Opowiadam tylko o ocieraniu się (na tym niestety polega taniec na ciasnym parkiecie) o siebie, piciu i dobrej zabawie.
P.S.S

Ja z wczoraj, zdjęcie "Let's cycki". I dziubek <3
czwartek, 9 lutego 2012
"Sukienkę piękną miała i sandałki sobie dobrała", stereotypy, swatanie i tajemnice, czyli "mów coś"
Chyba każdy ma czasem coś takiego, że kiedy słyszy jakąś rozmowę, ma ochotę wyjść z siebie, stanąć obok i trzasnąć obrotowymi drzwiami, prawda? Mam nadzieję, że nie tylko ja tak mam. Z serii "Odwiedziny przyjaciół rodziny z okazji i bez okazji", mieliśmy wczoraj gościa. Po jakimś czasie rozmowa zeszła na temat innych religii a w następstwie od araba do murzyna. W takich momentach dowiadujemy się kto jest rasistą a kto homofobem. Jak się okazało ludzie nawet specjalnie się nie kryją z tym, że przeszkadza im, że ktoś jest gejem a ktoś inny jest czarnoskóry. Przykre, nieprawdaż? Przełamując własną niechęć do udzielania się w tego typu rozmowach, kiedy wiem, że z góry jestem przegrana i skazana na wieczne potępienie, wtrąciłam swoje trzy grosze.
"- No ale jak tak może być, dwóch facetów... I jak to potem? Który jest tatą a który mamą?
- Jeden będzie tatą a drugi papą, co za problem?"
Jak się okazało, problem jednak jest. Ludzie religijni (nie, nie obrażam nikogo wierzącego, po prostu mówię jak widzę to wszystko) są strasznie zaściankowi i nieotwarci na inność. Jakąkolwiek. Mają swoje schematy, które wszyscy muszą powielać.
Biała kobieta powinna poślubić białego mężczyznę.
Czarna kobieta powinna poślubić czarnego mężczyznę.
Innego rozwiązania nie ma, mieszanie ras ludzi jest niesmaczne.
Kobieta powinna kochać mężczyznę.
Mężczyzna powinien kochać kobietę.
Wszelkie odstępstwa są potępiane.
W takich momentach właśnie, mam ochotę wstać, popatrzeć takiemu ludziowi w oczy i powiedzieć z miłym uśmiechem na twarzy: "Jestem w lesbijskim związku z murzynką i zamierzamy razem mieszkać, uprawiać lesbijski seks, mieć dziecko a do tego oczywiście nie chodzić do kościoła".
Nie, nie jestem lesbijką (chociaż podobno 100% kobiet to lesbijki), nie jestem w związku z murzynką (ani murzynem nawet też nie). Ale za to kościół olałam już jakiś czas temu i jakoś zło jeszcze po mnie nie przybyło. Gdyby ten znajomy, dowiedział się, że nie chodzę do kościoła, to by chyba zawału dostał a cała znajomość by się poszła przechadzać po gęstym borze.
Ciąg dalszy wizyty - wypytywanie. I standardowe pytanie o chłopaka. A kiedy po raz milionowy odpowiadam, że nie posiadam takowego zwierzątka, zostaje mi posłane dziwne spojrzenie znad stołu. Ale co się dziwić, skoro nawet moje przyjaciółki nie rozumieją instytucji singla. Pod koniec wizyty, koleś do mnie podchodzi, podaje mi rękę na pożegnanie i strzela tekstem: "mam takiego chłopaka... W sam raz dla ciebie, coś koło dwudziestki, niedawno mu mama zmarła, odziedziczył dom. Tylko coś do kościoła nie chodzi, ale ty go nawrócisz. Poznać was?"
Wtedy uśmiecham się radośnie, słodko czerwienię na policzkach, bynajmniej nie z zakłopotania a raczej ze złości i mówię: "Nie, dziękuję, nie skorzystam z pańskiej oferty". Kolejne dziwne spojrzenie. A ja tak sobie myślę... Po co mam się ograniczać do jednego? Ostatnio stwierdziłam, że w moim wieku to nie pora na solidny związek. Lepiej chyba skosztować parę egzemplarzy, żeby wiedzieć co jest dla mnie najlepsze, tak?
Moje kumpeli wiecznie przeżywają kłótnie, rozstania, powroty i inne rzeczy ze swoimi chłoptasiami. A ja wzruszam ramionami na ich żale, bo zwyczajnie się na tym nie znam. Na koniec dodają, że przecież chłopak to fajna sprawa. Ta... Ja podziękuję za te denerwowanie się, stracone chwile na kłótnie i łzy rozpaczy.
Idąc dalej tropem żali, kumpele opowiadają mi różne swoje historyjki z życia, dodając na koniec "ale nie mów reszcie". Więc ja nie mówię, ale w zamian oczekuję tego samego, prawda? Powiedziałam, a raczej zostałam zmuszona do przyznania się, do jednej, małej rzeczy. Zastrzegłam kumpeli, że ma nie mówić, bo nawet jej nie chciałam tego powiedzieć. A ona dzisiaj zaczęła robić dziwne aluzje, przez co reszta patrzyła na nas jak na wariatki. Tak trudno dotrzymać tajemnicy? Ja nie wiem... Oczywiście trochę plotek też było. Każdy ma jakiś ulubiony temat do plotek, najczęściej są tym tematem osoby nieobecne, które powinny były się zjawić. Tak też się stało. Pogadałyśmy o koleżance od sandałów. Kupiła ładną sukienkę na studniówkę, do tego żakiecik, mniej ładny ale nie można mu było niczego dużego zarzucić, zrobiła włosy, pomalowała paznokcie a NAWET musnęła powieki jakimś cieniem a rzęsy tuszem. Ale popełniła pewien poważny błąd, nazwany dalej BŁĘDZIOREM. Otóż tym Błędziorem było ubranie sandałków do rajstop... Już ok, jakoś by to przeszło, gdyby te sandałki nie były na płaskiej podeszwie i nie miały kolorowych paseczków... Przykro było patrzeć, ale cóż, są gusta i guściki.
A kiedy już wszystkie się pożaliły, spojrzały na mnie i padło słynne "mów coś". Ale kiedy tylko otwierałam usta, im zaraz znów się coś przypominało, co oczywiście było ważniejsze, więc co ja tam im będę przerywać. Wychodzę więc na bezproblemową laskę (przecież nie skarżę się na swojego nieistniejącego chłopaka).
A z przyjemnych rzeczy, to zadzwoniłam dziś do fryzjera. I mam teraz niebieskie włosy. Nie całe, tak jak na początku chciałam, ale końcówki i parę pasemek! Jak dla mnie bomba. Przypomniałam tylko mojej mamie jej niedawne słowa: "Jak wrócisz do domu z niebieską głową to cię wydziedziczę". A tu psikus, sama mnie umawiała do fryzjera. Tak więc matki czasem potrafią okazać się pomocne, zwłaszcza jeśli jest się takim urodzonym manipulatorem jak ja. Moja mamusia ma takie specjalne przyciski, które gdy umiejętnie je nacisnąć, uruchamiają szereg funkcji, np.: wyślę ci pieniądze, idź sobie coś kupić, chcesz coś do jedzenia - zrobię, i parę innych, przydatnych w studenckim życiu.
Łazikując dzisiaj po rynku, w nieprzyjaznych warunkach mrozu sięgającego -11 stopni, podszedł do mnie i kumpeli miły pan.
"- Zbieramy pieniążki na herbatkę z prądem.
- Nie mamy wiader z prądem, proszę pana. Studenci biedni są.
- A ja też jestem studentem. Wiecznym.
- To pan studiuje tylko kiedy wiatr wieje?
- Słucham?
- No skoro pan jest wietrzny..."
Pan się uśmiechnął, życzył nam szczęśliwego nowego roku (chociaż mamy luty już, ale to nie szkodzi) i odszedł.
Reasumując (piękne słowo, piękne), posiadanie chłopaka to straszna rzecz, która jest przecież taka fajna, rasizm i homofobia panują, sierota-chłopak z domem to partia dla mnie.
I pamiętajcie: notatki są skarbem narodu!
P.S.
Gołąbki, żelki i M&M'sy to największe dobra we wszechświecie.
P.P.S.
Sarah i Brendzioł będą mieli dziecko z idealnym tyłkiem.
Popatrzcie na tyłek Sarah... Widzicie?
Popatrzcie na tyłek Brendona... Widzicie?
Mam rację.
"- No ale jak tak może być, dwóch facetów... I jak to potem? Który jest tatą a który mamą?
- Jeden będzie tatą a drugi papą, co za problem?"
Jak się okazało, problem jednak jest. Ludzie religijni (nie, nie obrażam nikogo wierzącego, po prostu mówię jak widzę to wszystko) są strasznie zaściankowi i nieotwarci na inność. Jakąkolwiek. Mają swoje schematy, które wszyscy muszą powielać.
Biała kobieta powinna poślubić białego mężczyznę.
Czarna kobieta powinna poślubić czarnego mężczyznę.
Innego rozwiązania nie ma, mieszanie ras ludzi jest niesmaczne.
Kobieta powinna kochać mężczyznę.
Mężczyzna powinien kochać kobietę.
Wszelkie odstępstwa są potępiane.
W takich momentach właśnie, mam ochotę wstać, popatrzeć takiemu ludziowi w oczy i powiedzieć z miłym uśmiechem na twarzy: "Jestem w lesbijskim związku z murzynką i zamierzamy razem mieszkać, uprawiać lesbijski seks, mieć dziecko a do tego oczywiście nie chodzić do kościoła".
Nie, nie jestem lesbijką (chociaż podobno 100% kobiet to lesbijki), nie jestem w związku z murzynką (ani murzynem nawet też nie). Ale za to kościół olałam już jakiś czas temu i jakoś zło jeszcze po mnie nie przybyło. Gdyby ten znajomy, dowiedział się, że nie chodzę do kościoła, to by chyba zawału dostał a cała znajomość by się poszła przechadzać po gęstym borze.
Ciąg dalszy wizyty - wypytywanie. I standardowe pytanie o chłopaka. A kiedy po raz milionowy odpowiadam, że nie posiadam takowego zwierzątka, zostaje mi posłane dziwne spojrzenie znad stołu. Ale co się dziwić, skoro nawet moje przyjaciółki nie rozumieją instytucji singla. Pod koniec wizyty, koleś do mnie podchodzi, podaje mi rękę na pożegnanie i strzela tekstem: "mam takiego chłopaka... W sam raz dla ciebie, coś koło dwudziestki, niedawno mu mama zmarła, odziedziczył dom. Tylko coś do kościoła nie chodzi, ale ty go nawrócisz. Poznać was?"
Wtedy uśmiecham się radośnie, słodko czerwienię na policzkach, bynajmniej nie z zakłopotania a raczej ze złości i mówię: "Nie, dziękuję, nie skorzystam z pańskiej oferty". Kolejne dziwne spojrzenie. A ja tak sobie myślę... Po co mam się ograniczać do jednego? Ostatnio stwierdziłam, że w moim wieku to nie pora na solidny związek. Lepiej chyba skosztować parę egzemplarzy, żeby wiedzieć co jest dla mnie najlepsze, tak?
Moje kumpeli wiecznie przeżywają kłótnie, rozstania, powroty i inne rzeczy ze swoimi chłoptasiami. A ja wzruszam ramionami na ich żale, bo zwyczajnie się na tym nie znam. Na koniec dodają, że przecież chłopak to fajna sprawa. Ta... Ja podziękuję za te denerwowanie się, stracone chwile na kłótnie i łzy rozpaczy.
Idąc dalej tropem żali, kumpele opowiadają mi różne swoje historyjki z życia, dodając na koniec "ale nie mów reszcie". Więc ja nie mówię, ale w zamian oczekuję tego samego, prawda? Powiedziałam, a raczej zostałam zmuszona do przyznania się, do jednej, małej rzeczy. Zastrzegłam kumpeli, że ma nie mówić, bo nawet jej nie chciałam tego powiedzieć. A ona dzisiaj zaczęła robić dziwne aluzje, przez co reszta patrzyła na nas jak na wariatki. Tak trudno dotrzymać tajemnicy? Ja nie wiem... Oczywiście trochę plotek też było. Każdy ma jakiś ulubiony temat do plotek, najczęściej są tym tematem osoby nieobecne, które powinny były się zjawić. Tak też się stało. Pogadałyśmy o koleżance od sandałów. Kupiła ładną sukienkę na studniówkę, do tego żakiecik, mniej ładny ale nie można mu było niczego dużego zarzucić, zrobiła włosy, pomalowała paznokcie a NAWET musnęła powieki jakimś cieniem a rzęsy tuszem. Ale popełniła pewien poważny błąd, nazwany dalej BŁĘDZIOREM. Otóż tym Błędziorem było ubranie sandałków do rajstop... Już ok, jakoś by to przeszło, gdyby te sandałki nie były na płaskiej podeszwie i nie miały kolorowych paseczków... Przykro było patrzeć, ale cóż, są gusta i guściki.
A kiedy już wszystkie się pożaliły, spojrzały na mnie i padło słynne "mów coś". Ale kiedy tylko otwierałam usta, im zaraz znów się coś przypominało, co oczywiście było ważniejsze, więc co ja tam im będę przerywać. Wychodzę więc na bezproblemową laskę (przecież nie skarżę się na swojego nieistniejącego chłopaka).
A z przyjemnych rzeczy, to zadzwoniłam dziś do fryzjera. I mam teraz niebieskie włosy. Nie całe, tak jak na początku chciałam, ale końcówki i parę pasemek! Jak dla mnie bomba. Przypomniałam tylko mojej mamie jej niedawne słowa: "Jak wrócisz do domu z niebieską głową to cię wydziedziczę". A tu psikus, sama mnie umawiała do fryzjera. Tak więc matki czasem potrafią okazać się pomocne, zwłaszcza jeśli jest się takim urodzonym manipulatorem jak ja. Moja mamusia ma takie specjalne przyciski, które gdy umiejętnie je nacisnąć, uruchamiają szereg funkcji, np.: wyślę ci pieniądze, idź sobie coś kupić, chcesz coś do jedzenia - zrobię, i parę innych, przydatnych w studenckim życiu.
Łazikując dzisiaj po rynku, w nieprzyjaznych warunkach mrozu sięgającego -11 stopni, podszedł do mnie i kumpeli miły pan.
"- Zbieramy pieniążki na herbatkę z prądem.
- Nie mamy wiader z prądem, proszę pana. Studenci biedni są.
- A ja też jestem studentem. Wiecznym.
- To pan studiuje tylko kiedy wiatr wieje?
- Słucham?
- No skoro pan jest wietrzny..."
Pan się uśmiechnął, życzył nam szczęśliwego nowego roku (chociaż mamy luty już, ale to nie szkodzi) i odszedł.
Reasumując (piękne słowo, piękne), posiadanie chłopaka to straszna rzecz, która jest przecież taka fajna, rasizm i homofobia panują, sierota-chłopak z domem to partia dla mnie.
I pamiętajcie: notatki są skarbem narodu!
P.S.
Gołąbki, żelki i M&M'sy to największe dobra we wszechświecie.
P.P.S.
Sarah i Brendzioł będą mieli dziecko z idealnym tyłkiem.
Popatrzcie na tyłek Sarah... Widzicie?
Popatrzcie na tyłek Brendona... Widzicie?
Mam rację.
środa, 8 lutego 2012
Praca zespołowa, czyli o tym dlaczego nie warto się uczyć
Broń Boże Brendziole, nie namawiam nikogo do totalnego olewania, lenistwa i innych złych nawyków, które widzę wyraźnie u siebie. Żeby potem nie było, że sieję jakieś dziwne, niemoralne treści (tak choćby mi się nigdy nie zdarzało).
Pisałam, że notatki mnie wołają, prawda? Prawda. Otóż, wołać mogły. Nieczule je olałam, stwierdzając, że i tak się już niczego nie nauczę to chociaż się wyśpię. I wyspałam się, wstałam nawet przed budzikiem, co w mojej studenckiej karierze zdarzało się tylko w weekendy, kiedy nie nastawiałam budzika... Wszystko na spokojnie zdążyłam zrobić, nawet makijaż mi ładnie wyszedł a włosy były względnie w dobrym stanie. Poza jednym kosmykiem, który skręcił się jak ogonek świnki (a moje włosy są przecież z natury proste, nie wiem co mu odbiło).
Sam egzamin - to była... niezapomniana chwila. Po przeczytaniu pierwszego zadania, chciałam wyjść z sali. Miałam w głowie śliczne "JA PIERDOLE". Drukowanymi, pogrubionym drukiem, czcionka 96, kolor czerwony a do tego masa efektów specjalnych typu miganie i inne świecenie. Jak się okazało kumpel z boku też średnio się uczył, a kumpel po jego boku głównie polegał na naszej wiedzy. Ale w trójkę daliśmy radę. Wiecie jak bardzo chłopcy potrafią nagle stać się mili, kiedy czegoś chcą? Bardzo. Aczkolwiek nie lubię kiedy ktoś zdrabnia moje imię, czuję się wtedy jak malutka dziewczynka. Mam nadzieję, że egzamin nie poszedł jakoś specjalnie źle, coś tam napisałam. Z jakim skutkiem? Zobaczymy. W każdym razie...
KONIEC SESJI!!!
Wolne, całe 6 dni, robimy imprezę? Taką 4-dniową. Jeden dzień zostanie na uleczenie nadszarpniętego zdrowia wątroby, a następny na posprzątanie bałaganu i coś przyjemnego, np. zakupy.
Koleje polskie, PKP Interregio, były dziś dla mnie łaskawe. Pociąg spóźnił się jedyne 5 minut, nie był wcale pełny, miałam dla siebie 2 siedzenia i siedziałam na grzejniku (w sensie pod siedzeniem był). Więc podróż nie była zła. Poza tym, że nie domykały się drzwi między wagonami i cały ten hałas wpadał do środka. Ale nie można mieć wszystkiego, prawda? Laska naprzeciw mnie czytała "Grę o Tron", przy czym chyba podczas jakichś bardziej frapujących kawałków robiła dziwny ruch brwiami. Ściągała je razem i zium, do góry. Ja oczywiście, jako inteligentna osoba, nie zabrałam sobie niczego do czytania, musiałam więc siłą rzeczy polustrować ludzi wokół mnie, żeby nie umrzeć z nudów. Jedna pani siedziała cały czas w czapce. Może miała nieumyte włosy? Nie wiem. Inne dwie dziewczyny, jakieś psiapsiółki, siedziały obok siebie i czytały coś. Przy czym obie miały jakieś bajeranckie słuchawki na uszach w oczojebnych kolorkach. Różowe w zebrę i zielone w cholera-wie-co. Ta jedna, z zielonymi słuchawkami popełniała czyn, który powinien być karalny ucinaniem paluchów, albo chociaż ucha - podkreślała coś w książce DŁUGOPISEM. Niebieskim. Dla mnie, byłego książkowego mola, to było prawie tak, jakby zabijała na moich oczach żywą istotę. No naprawdę, ludzie to jednak bezwstydni są.
Swoją drogą wróciłam dzisiaj do domu. Zbysław tak się ucieszył, że zapomniał jak się wchodzi na górę klatki. Dlatego musiałam otworzyć dolne drzwiczki i tam go pomiziać po żeberkach i pod bródką, co dla nieobeznanego w bezbrzeżnej wyobraźni koszów na temat ucieczki ludziów, mogłoby się skończyć ganianiem zwierza po domu w nocy. Ja bym go zostawiła, znudziłby się i sam poszedł do klatki, ale na przykład moja mama miałaby z tym problem. Z innej strony Zbysław okazał się lekko podtuczony (mama mu za dużo jedzenia daje i nie wypuszcza go, buu). Jutro rano przywitam się z nim jak należy. No a drugi futerkowiec, Sonny, jak to słitaśny króliczek, jest głupi jak but. Kochany, ale taki... jak stereotypowa blondynka. Weszłam do mieszkania to podniósł jeden słuch (czyt. ucho) i połypał na mnie jednym, niebiesko-brązowym ślepkiem. Ale pogłaskać po nosku się dał oczywiście. Sonny to takie dziecko moje, chociaż teoretycznie to królik moich braci. Ale to ja się nim opiekowałam kiedy był chory (a był chory od początku, od kiedy go JA kupiłam), wydawałam z własnej kasy na weterynarza, itd. I wszyscy mówili, że mam go oddać do sklepu zoologicznego z powrotem, bo sprzedali mi chorego zwierza. A on był taki malutki i przytulał się do mnie i spał... Jak mogłabym go oddać? Pewnie daliby go na pożarcie jakiemuś wężowi czy coś. I proszę, wyrósł na porządnego królika, z pięknym irokezem na łepku i urokliwymi, dwukolorowymi okami.
A tak z morałów na dzisiaj: nie warto mówić wszystkiego, nawet przyjaciołom. Nie zrozumieją a w dodatku od razu cię zaszufladkują albo będą bliscy płaczu, kiedy nic wielkiego się nie stało. Tudzież wywróżą wam świetlaną przyszłość, pełną porażek i rozczarowań. A na koniec jeszcze nakrzyczą. O!
Jak zwykle, zostawiam bez zakończenia bo...
Zakończenia są złe.
P.S.

To jest Sonny The Bunny, wkomponowany między lampkę nocną a wodę na moim biurku. Widzicie jakie ma niebieskie oczki?
P.P.S

A to jest Zbysław The Degu, wdzięczący się do aparatu (urodzona modelka, naprawdę). Nie zwracajcie uwagi na bałagan w klatce, zdarza się każdemu nie mieć porządku w pokoju, prawda?
Pisałam, że notatki mnie wołają, prawda? Prawda. Otóż, wołać mogły. Nieczule je olałam, stwierdzając, że i tak się już niczego nie nauczę to chociaż się wyśpię. I wyspałam się, wstałam nawet przed budzikiem, co w mojej studenckiej karierze zdarzało się tylko w weekendy, kiedy nie nastawiałam budzika... Wszystko na spokojnie zdążyłam zrobić, nawet makijaż mi ładnie wyszedł a włosy były względnie w dobrym stanie. Poza jednym kosmykiem, który skręcił się jak ogonek świnki (a moje włosy są przecież z natury proste, nie wiem co mu odbiło).
Sam egzamin - to była... niezapomniana chwila. Po przeczytaniu pierwszego zadania, chciałam wyjść z sali. Miałam w głowie śliczne "JA PIERDOLE". Drukowanymi, pogrubionym drukiem, czcionka 96, kolor czerwony a do tego masa efektów specjalnych typu miganie i inne świecenie. Jak się okazało kumpel z boku też średnio się uczył, a kumpel po jego boku głównie polegał na naszej wiedzy. Ale w trójkę daliśmy radę. Wiecie jak bardzo chłopcy potrafią nagle stać się mili, kiedy czegoś chcą? Bardzo. Aczkolwiek nie lubię kiedy ktoś zdrabnia moje imię, czuję się wtedy jak malutka dziewczynka. Mam nadzieję, że egzamin nie poszedł jakoś specjalnie źle, coś tam napisałam. Z jakim skutkiem? Zobaczymy. W każdym razie...
KONIEC SESJI!!!
Koleje polskie, PKP Interregio, były dziś dla mnie łaskawe. Pociąg spóźnił się jedyne 5 minut, nie był wcale pełny, miałam dla siebie 2 siedzenia i siedziałam na grzejniku (w sensie pod siedzeniem był). Więc podróż nie była zła. Poza tym, że nie domykały się drzwi między wagonami i cały ten hałas wpadał do środka. Ale nie można mieć wszystkiego, prawda? Laska naprzeciw mnie czytała "Grę o Tron", przy czym chyba podczas jakichś bardziej frapujących kawałków robiła dziwny ruch brwiami. Ściągała je razem i zium, do góry. Ja oczywiście, jako inteligentna osoba, nie zabrałam sobie niczego do czytania, musiałam więc siłą rzeczy polustrować ludzi wokół mnie, żeby nie umrzeć z nudów. Jedna pani siedziała cały czas w czapce. Może miała nieumyte włosy? Nie wiem. Inne dwie dziewczyny, jakieś psiapsiółki, siedziały obok siebie i czytały coś. Przy czym obie miały jakieś bajeranckie słuchawki na uszach w oczojebnych kolorkach. Różowe w zebrę i zielone w cholera-wie-co. Ta jedna, z zielonymi słuchawkami popełniała czyn, który powinien być karalny ucinaniem paluchów, albo chociaż ucha - podkreślała coś w książce DŁUGOPISEM. Niebieskim. Dla mnie, byłego książkowego mola, to było prawie tak, jakby zabijała na moich oczach żywą istotę. No naprawdę, ludzie to jednak bezwstydni są.
Swoją drogą wróciłam dzisiaj do domu. Zbysław tak się ucieszył, że zapomniał jak się wchodzi na górę klatki. Dlatego musiałam otworzyć dolne drzwiczki i tam go pomiziać po żeberkach i pod bródką, co dla nieobeznanego w bezbrzeżnej wyobraźni koszów na temat ucieczki ludziów, mogłoby się skończyć ganianiem zwierza po domu w nocy. Ja bym go zostawiła, znudziłby się i sam poszedł do klatki, ale na przykład moja mama miałaby z tym problem. Z innej strony Zbysław okazał się lekko podtuczony (mama mu za dużo jedzenia daje i nie wypuszcza go, buu). Jutro rano przywitam się z nim jak należy. No a drugi futerkowiec, Sonny, jak to słitaśny króliczek, jest głupi jak but. Kochany, ale taki... jak stereotypowa blondynka. Weszłam do mieszkania to podniósł jeden słuch (czyt. ucho) i połypał na mnie jednym, niebiesko-brązowym ślepkiem. Ale pogłaskać po nosku się dał oczywiście. Sonny to takie dziecko moje, chociaż teoretycznie to królik moich braci. Ale to ja się nim opiekowałam kiedy był chory (a był chory od początku, od kiedy go JA kupiłam), wydawałam z własnej kasy na weterynarza, itd. I wszyscy mówili, że mam go oddać do sklepu zoologicznego z powrotem, bo sprzedali mi chorego zwierza. A on był taki malutki i przytulał się do mnie i spał... Jak mogłabym go oddać? Pewnie daliby go na pożarcie jakiemuś wężowi czy coś. I proszę, wyrósł na porządnego królika, z pięknym irokezem na łepku i urokliwymi, dwukolorowymi okami.
A tak z morałów na dzisiaj: nie warto mówić wszystkiego, nawet przyjaciołom. Nie zrozumieją a w dodatku od razu cię zaszufladkują albo będą bliscy płaczu, kiedy nic wielkiego się nie stało. Tudzież wywróżą wam świetlaną przyszłość, pełną porażek i rozczarowań. A na koniec jeszcze nakrzyczą. O!
Jak zwykle, zostawiam bez zakończenia bo...
Zakończenia są złe.
P.S.

To jest Sonny The Bunny, wkomponowany między lampkę nocną a wodę na moim biurku. Widzicie jakie ma niebieskie oczki?
P.P.S
A to jest Zbysław The Degu, wdzięczący się do aparatu (urodzona modelka, naprawdę). Nie zwracajcie uwagi na bałagan w klatce, zdarza się każdemu nie mieć porządku w pokoju, prawda?
poniedziałek, 6 lutego 2012
Blogowanie
"Bo pani na lekcji powiedziała, że mamy dużo pisać..."
Dokładnie na tej zasadzie powstał ten blog. Gośka kazała nam pisać i pisać i pisać i pisać, żebyśmy nie wyrośli na grafomanów bez znajomości ortografii. Nie lubię jej, ale tutaj akurat miała rację. A co złego w pisaniu? Same plusy. Poza tym, że pożera czas, który mogłabym poświęcić na naukę...
Ta, ja i nauka...
Skutecznie (jak na razie) odpycham robienie notatek i naukę na jutrzejszy egzamin, wymyślając sobie zajęcia. Pochowałam naczynia z suszarki do naczyń, choć to nie moja kolej, zaczęłam się pakować, zrobiłam sobie obiad, wyniosłam śmieci. Wszystko, tylko nie nauka. To też alternatywa spędzenia tego potrzebnego czasu.
Chciałam założyć bloga. Bardzo. Ale mi odradzali. Jak można się wywnętrzać w internecie? Można. Choćby tylko dla siebie, bo kto przeczyta ten wpis, oprócz mnie? No właśnie. Powiedzmy, że będę tutaj ćwiczyła swoje pisarskie umiejętności, by w przyszłości mieć choć troszkę obycia z klawiaturą i ekranem komputera. Przyda się, jeśli po studiach znajdę pracę w jakiejś gazetce. Chociaż wcale nie mam na to ochoty. Owszem, dziennikarstwo mi się podoba, ale chyba takie bardzo specyficzne. Muzyka. Niech ktoś mnie przygarnie do jakiejś muzycznej gazetki, proszę. Albo radio, siedziałabym za mikrofonem i nikt by mnie nie widział. Marzenia. Pewnie i tak skończę gdzieś w jakimś barze szybkiej obsługi. Będę wrzucała przemielone mięso w bułkę z sałatą i zalewała to tłustym majonezem, z uśmiechem wręczając klientom to wykwintne danie, zwane hamburgerem.
Oby nie.
Brendon mi śpiewa nad uchem, jak się mam skupić na nauce? A kiedy jest cicho to też nie potrafię się uczyć. Ironia. Teoretycznie mam ściągi, ogromniaste a jak się okazuje - nie ma na nich wszystkiego. Nie żebym zawsze ściągała. To pierwsze ściągi w mojej studenckiej karierze, naprawdę! I do tego sama ich nie zrobiłam tylko jakaś dobra duszyczka z roku nam je udostępniła. Ciekawe jak długo mogłabym siedzieć i pisać? Gdybym chciała spisać wszystkie myśli, zabrakłoby mi życia.
A tak w ogóle, Orange na kartę ma ciekawe promocyjki. Kliknęłam dzisiaj na facebooku w jakąś aplikację, kazali mi wysłać sms'a i dostałam 30 darmowych sms do wszystkich sieci. Czy oni nie zakładają tej opcji, że nie mam do kogo wykorzystać tych sms'ów? Naprawdę. Kumpele piszą do mnie tylko wtedy, kiedy chcą żebym im coś wysłała na fejsbÓkowych simsach. I to nie sms, za dużo by to je kosztowało. Piszą na gg, albo nawet na samym facebook'u. A co.
Spytałam jedną czy tęskni troszkę za mną. Odpowiedź nie była przekonująca. Jak to jest, że jak człowiek dorasta to wszystko nagle się zaczyna plątać albo urywać. To niesprawiedliwe.
"Nobody likes you when you're 23..."
Ok, do tych 23 lat jeszcze mi trochę brakuje, no ale może u mnie się to zaczęło wcześniej niż w piosence? Nieważne...
Ważniejsze jest to, że mam ochotę na dwie rzeczy: na lody i papierosa. Lody nie takie niedobre, za 1,30zł tylko jakieś fajne, wypasione i nazywane przez wszystkich wszem i wobec "bombą kaloryczną". Co do kalorii, chyba przestałam się tym ostatnio przejmować. Ewentualnie mam czarną dziurę w żołądku, która wszystko pochłania. A co do papierosa... Palę od 19 lat. Biernie oczywiście. Może czasem mi po prostu brakuje tego, co? Na przykład teraz. Z jednej strony jak o tym pomyślę to mi niedobrze, ale z drugiej strony... Koleżanka miała świetne fajki, przynajmniej jeśli chodzi o zapach. I jakże kobiece! Cienkie, idealnie pasujące do lufki, również jakże kobiecej i eleganckiej. Dlaczego jej nie poprosiłam o jednego? Nie wiem.
Aczkolwiek nie mogę ani się napić, ani zapalić, ani niczym naćpać. Mam zakaz, od Łośka. Który w sumie ma rację, tylko że z niego najwidoczniej jest czarnowidz. Co by było gdyby się dowiedział, że i tak piłam? No bo się napiłam. Chciałam skosztować ciepłej wódki i przekonać się na własnej skórze czy jest naprawdę tak ohydna jak mówią. JEST.
Jak ja wytrzymam tydzień w domu? No, 6 dni, ale to prawie tydzień. Nie byłam tam od wieków, a przynajmniej z 3 tygodnie. Ale przynajmniej spotkam się z "przyjaciółkami" o ile wypali. Zazwyczaj się nie udaje, więc spotykam się tylko z jedną, w porywach z dwiema naraz. Wow, osiągnięcie.
Dlatego, zamiast przyjaciółki, oto mam bloga. Drugiego co prawda, pierwszy jednak był opowiadaniem. Marnym bo marnym, jedynie okrojone sceny seksu wzbudzały większe emocje. Co nie jest takie dziwne, patrząc na tematykę... A tutaj nie muszę się martwić o pisarskie zdolności. To będzie moja internetowa myślodsiewnia. Tylko zamiast różdżki mam klawiaturę. I wszystkiego na pewno tu nie wrzucę. Bo się wstydzę, bo to głupie, nieważne czy tam po prostu zbyt osobiste. Ale reszta? Jak najbardziej. Powiedzmy... Dla Future Me. Kiedyś, o ile blog nie zdechnie śmiercią naturalną, wejdę tutaj i poczytam te bazgroły, myśląc o tym, że byłam żałosną studentką.
A na razie może zabiorę się w końcu za tą naukę, co? Potrzebowałabym tego.
P.S.
Zakończenia są złe, a takie sztampowe to już na pewno. Więc zostawię to bez zakończenia. To też.
P.P.S
Dokładnie na tej zasadzie powstał ten blog. Gośka kazała nam pisać i pisać i pisać i pisać, żebyśmy nie wyrośli na grafomanów bez znajomości ortografii. Nie lubię jej, ale tutaj akurat miała rację. A co złego w pisaniu? Same plusy. Poza tym, że pożera czas, który mogłabym poświęcić na naukę...
Ta, ja i nauka...
Skutecznie (jak na razie) odpycham robienie notatek i naukę na jutrzejszy egzamin, wymyślając sobie zajęcia. Pochowałam naczynia z suszarki do naczyń, choć to nie moja kolej, zaczęłam się pakować, zrobiłam sobie obiad, wyniosłam śmieci. Wszystko, tylko nie nauka. To też alternatywa spędzenia tego potrzebnego czasu.
Chciałam założyć bloga. Bardzo. Ale mi odradzali. Jak można się wywnętrzać w internecie? Można. Choćby tylko dla siebie, bo kto przeczyta ten wpis, oprócz mnie? No właśnie. Powiedzmy, że będę tutaj ćwiczyła swoje pisarskie umiejętności, by w przyszłości mieć choć troszkę obycia z klawiaturą i ekranem komputera. Przyda się, jeśli po studiach znajdę pracę w jakiejś gazetce. Chociaż wcale nie mam na to ochoty. Owszem, dziennikarstwo mi się podoba, ale chyba takie bardzo specyficzne. Muzyka. Niech ktoś mnie przygarnie do jakiejś muzycznej gazetki, proszę. Albo radio, siedziałabym za mikrofonem i nikt by mnie nie widział. Marzenia. Pewnie i tak skończę gdzieś w jakimś barze szybkiej obsługi. Będę wrzucała przemielone mięso w bułkę z sałatą i zalewała to tłustym majonezem, z uśmiechem wręczając klientom to wykwintne danie, zwane hamburgerem.
Brendon mi śpiewa nad uchem, jak się mam skupić na nauce? A kiedy jest cicho to też nie potrafię się uczyć. Ironia. Teoretycznie mam ściągi, ogromniaste a jak się okazuje - nie ma na nich wszystkiego. Nie żebym zawsze ściągała. To pierwsze ściągi w mojej studenckiej karierze, naprawdę! I do tego sama ich nie zrobiłam tylko jakaś dobra duszyczka z roku nam je udostępniła. Ciekawe jak długo mogłabym siedzieć i pisać? Gdybym chciała spisać wszystkie myśli, zabrakłoby mi życia.
A tak w ogóle, Orange na kartę ma ciekawe promocyjki. Kliknęłam dzisiaj na facebooku w jakąś aplikację, kazali mi wysłać sms'a i dostałam 30 darmowych sms do wszystkich sieci. Czy oni nie zakładają tej opcji, że nie mam do kogo wykorzystać tych sms'ów? Naprawdę. Kumpele piszą do mnie tylko wtedy, kiedy chcą żebym im coś wysłała na fejsbÓkowych simsach. I to nie sms, za dużo by to je kosztowało. Piszą na gg, albo nawet na samym facebook'u. A co.
Spytałam jedną czy tęskni troszkę za mną. Odpowiedź nie była przekonująca. Jak to jest, że jak człowiek dorasta to wszystko nagle się zaczyna plątać albo urywać. To niesprawiedliwe.
"Nobody likes you when you're 23..."
Ok, do tych 23 lat jeszcze mi trochę brakuje, no ale może u mnie się to zaczęło wcześniej niż w piosence? Nieważne...
Ważniejsze jest to, że mam ochotę na dwie rzeczy: na lody i papierosa. Lody nie takie niedobre, za 1,30zł tylko jakieś fajne, wypasione i nazywane przez wszystkich wszem i wobec "bombą kaloryczną". Co do kalorii, chyba przestałam się tym ostatnio przejmować. Ewentualnie mam czarną dziurę w żołądku, która wszystko pochłania. A co do papierosa... Palę od 19 lat. Biernie oczywiście. Może czasem mi po prostu brakuje tego, co? Na przykład teraz. Z jednej strony jak o tym pomyślę to mi niedobrze, ale z drugiej strony... Koleżanka miała świetne fajki, przynajmniej jeśli chodzi o zapach. I jakże kobiece! Cienkie, idealnie pasujące do lufki, również jakże kobiecej i eleganckiej. Dlaczego jej nie poprosiłam o jednego? Nie wiem.
Aczkolwiek nie mogę ani się napić, ani zapalić, ani niczym naćpać. Mam zakaz, od Łośka. Który w sumie ma rację, tylko że z niego najwidoczniej jest czarnowidz. Co by było gdyby się dowiedział, że i tak piłam? No bo się napiłam. Chciałam skosztować ciepłej wódki i przekonać się na własnej skórze czy jest naprawdę tak ohydna jak mówią. JEST.
Jak ja wytrzymam tydzień w domu? No, 6 dni, ale to prawie tydzień. Nie byłam tam od wieków, a przynajmniej z 3 tygodnie. Ale przynajmniej spotkam się z "przyjaciółkami" o ile wypali. Zazwyczaj się nie udaje, więc spotykam się tylko z jedną, w porywach z dwiema naraz. Wow, osiągnięcie.
Dlatego, zamiast przyjaciółki, oto mam bloga. Drugiego co prawda, pierwszy jednak był opowiadaniem. Marnym bo marnym, jedynie okrojone sceny seksu wzbudzały większe emocje. Co nie jest takie dziwne, patrząc na tematykę... A tutaj nie muszę się martwić o pisarskie zdolności. To będzie moja internetowa myślodsiewnia. Tylko zamiast różdżki mam klawiaturę. I wszystkiego na pewno tu nie wrzucę. Bo się wstydzę, bo to głupie, nieważne czy tam po prostu zbyt osobiste. Ale reszta? Jak najbardziej. Powiedzmy... Dla Future Me. Kiedyś, o ile blog nie zdechnie śmiercią naturalną, wejdę tutaj i poczytam te bazgroły, myśląc o tym, że byłam żałosną studentką.
A na razie może zabiorę się w końcu za tą naukę, co? Potrzebowałabym tego.
P.S.
Zakończenia są złe, a takie sztampowe to już na pewno. Więc zostawię to bez zakończenia. To też.
P.P.S
Subskrybuj:
Posty (Atom)


