środa, 8 lutego 2012

Praca zespołowa, czyli o tym dlaczego nie warto się uczyć

Broń Boże Brendziole, nie namawiam nikogo do totalnego olewania, lenistwa i innych złych nawyków, które widzę wyraźnie u siebie. Żeby potem nie było, że sieję jakieś dziwne, niemoralne treści (tak choćby mi się nigdy nie zdarzało).
Pisałam, że notatki mnie wołają, prawda? Prawda. Otóż, wołać mogły. Nieczule je olałam, stwierdzając, że i tak się już niczego nie nauczę to chociaż się wyśpię. I wyspałam się, wstałam nawet przed budzikiem, co w mojej studenckiej karierze zdarzało się tylko w weekendy, kiedy nie nastawiałam budzika... Wszystko na spokojnie zdążyłam zrobić, nawet makijaż mi ładnie wyszedł a włosy były względnie w dobrym stanie. Poza jednym kosmykiem, który skręcił się jak ogonek świnki (a moje włosy są przecież z natury proste, nie wiem co mu odbiło).
Sam egzamin - to była... niezapomniana chwila. Po przeczytaniu pierwszego zadania, chciałam wyjść z sali. Miałam w głowie śliczne "JA PIERDOLE". Drukowanymi, pogrubionym drukiem, czcionka 96, kolor czerwony a do tego masa efektów specjalnych typu miganie i inne świecenie. Jak się okazało kumpel z boku też średnio się uczył, a kumpel po jego boku głównie polegał na naszej wiedzy. Ale w trójkę daliśmy radę. Wiecie jak bardzo chłopcy potrafią nagle stać się mili, kiedy czegoś chcą? Bardzo. Aczkolwiek nie lubię kiedy ktoś zdrabnia moje imię, czuję się wtedy jak malutka dziewczynka. Mam nadzieję, że egzamin nie poszedł jakoś specjalnie źle, coś tam napisałam. Z jakim skutkiem? Zobaczymy. W każdym razie...
KONIEC SESJI!!!


Wolne, całe 6 dni, robimy imprezę? Taką 4-dniową. Jeden dzień zostanie na uleczenie nadszarpniętego zdrowia wątroby, a następny na posprzątanie bałaganu i coś przyjemnego, np. zakupy.

Koleje polskie, PKP Interregio, były dziś dla mnie łaskawe. Pociąg spóźnił się jedyne 5 minut, nie był wcale pełny, miałam dla siebie 2 siedzenia i siedziałam na grzejniku (w sensie pod siedzeniem był). Więc podróż nie była zła. Poza tym, że nie domykały się drzwi między wagonami i cały ten hałas wpadał do środka. Ale nie można mieć wszystkiego, prawda? Laska naprzeciw mnie czytała "Grę o Tron", przy czym chyba podczas jakichś bardziej frapujących kawałków robiła dziwny ruch brwiami. Ściągała je razem i zium, do góry. Ja oczywiście, jako inteligentna osoba, nie zabrałam sobie niczego do czytania, musiałam więc siłą rzeczy polustrować ludzi wokół mnie, żeby nie umrzeć z nudów. Jedna pani siedziała cały czas w czapce. Może miała nieumyte włosy? Nie wiem. Inne dwie dziewczyny, jakieś psiapsiółki, siedziały obok siebie i czytały coś. Przy czym obie miały jakieś bajeranckie słuchawki na uszach w oczojebnych kolorkach. Różowe w zebrę i zielone w cholera-wie-co. Ta jedna, z zielonymi słuchawkami popełniała czyn, który powinien być karalny ucinaniem paluchów, albo chociaż ucha - podkreślała coś w książce DŁUGOPISEM. Niebieskim. Dla mnie, byłego książkowego mola, to było prawie tak, jakby zabijała na moich oczach żywą istotę. No naprawdę, ludzie to jednak bezwstydni są.
Swoją drogą wróciłam dzisiaj do domu. Zbysław tak się ucieszył, że zapomniał jak się wchodzi na górę klatki. Dlatego musiałam otworzyć dolne drzwiczki i tam go pomiziać po żeberkach i pod bródką, co dla nieobeznanego w bezbrzeżnej wyobraźni koszów na temat ucieczki ludziów, mogłoby się skończyć ganianiem zwierza po domu w nocy. Ja bym go zostawiła, znudziłby się i sam poszedł do klatki, ale na przykład moja mama miałaby z tym problem. Z innej strony Zbysław okazał się lekko podtuczony (mama mu za dużo jedzenia daje i nie wypuszcza go, buu). Jutro rano przywitam się z nim jak należy. No a drugi futerkowiec, Sonny, jak to słitaśny króliczek, jest głupi jak but. Kochany, ale taki... jak stereotypowa blondynka. Weszłam do mieszkania to podniósł jeden słuch (czyt. ucho) i połypał na mnie jednym, niebiesko-brązowym ślepkiem. Ale pogłaskać po nosku się dał oczywiście. Sonny to takie dziecko moje, chociaż teoretycznie to królik moich braci. Ale to ja się nim opiekowałam kiedy był chory (a był chory od początku, od kiedy go JA kupiłam), wydawałam z własnej kasy na weterynarza, itd. I wszyscy mówili, że mam go oddać do sklepu zoologicznego z powrotem, bo sprzedali mi chorego zwierza. A on był taki malutki i przytulał się do mnie i spał... Jak mogłabym go oddać? Pewnie daliby go na pożarcie jakiemuś wężowi czy coś. I proszę, wyrósł na porządnego królika, z pięknym irokezem na łepku i urokliwymi, dwukolorowymi okami.
A tak z morałów na dzisiaj: nie warto mówić wszystkiego, nawet przyjaciołom. Nie zrozumieją a w dodatku od razu cię zaszufladkują albo będą bliscy płaczu, kiedy nic wielkiego się nie stało. Tudzież wywróżą wam świetlaną przyszłość, pełną porażek i rozczarowań. A na koniec jeszcze nakrzyczą. O!
Jak zwykle, zostawiam bez zakończenia bo...
Zakończenia są złe.

P.S.

To jest Sonny The Bunny, wkomponowany między lampkę nocną a wodę na moim biurku. Widzicie jakie ma niebieskie oczki?

P.P.S

A to jest Zbysław The Degu, wdzięczący się do aparatu (urodzona modelka, naprawdę). Nie zwracajcie uwagi na bałagan w klatce, zdarza się każdemu nie mieć porządku w pokoju, prawda?

1 komentarz:

  1. Aww... Sonny i Zbysław, to naprawdę piękne zwierzątka ;3
    Za to u mnie z nauką jest tak: jak już się do niej zabiorę to tak około 22, ale tylko otworze podręcznik, pouczę się przez 10 min i ponarzekam, że nie zdążę się tego nauczyć i wracam na komputer.
    Co do kreślenia długopisem w książce, to ta dziewczyna pójdzie do PIEKŁA! Nie znoszę tego.

    OdpowiedzUsuń