"- No ale jak tak może być, dwóch facetów... I jak to potem? Który jest tatą a który mamą?
- Jeden będzie tatą a drugi papą, co za problem?"
Jak się okazało, problem jednak jest. Ludzie religijni (nie, nie obrażam nikogo wierzącego, po prostu mówię jak widzę to wszystko) są strasznie zaściankowi i nieotwarci na inność. Jakąkolwiek. Mają swoje schematy, które wszyscy muszą powielać.
Biała kobieta powinna poślubić białego mężczyznę.
Czarna kobieta powinna poślubić czarnego mężczyznę.
Innego rozwiązania nie ma, mieszanie ras ludzi jest niesmaczne.
Kobieta powinna kochać mężczyznę.
Mężczyzna powinien kochać kobietę.
Wszelkie odstępstwa są potępiane.
W takich momentach właśnie, mam ochotę wstać, popatrzeć takiemu ludziowi w oczy i powiedzieć z miłym uśmiechem na twarzy: "Jestem w lesbijskim związku z murzynką i zamierzamy razem mieszkać, uprawiać lesbijski seks, mieć dziecko a do tego oczywiście nie chodzić do kościoła".
Nie, nie jestem lesbijką (chociaż podobno 100% kobiet to lesbijki), nie jestem w związku z murzynką (ani murzynem nawet też nie). Ale za to kościół olałam już jakiś czas temu i jakoś zło jeszcze po mnie nie przybyło. Gdyby ten znajomy, dowiedział się, że nie chodzę do kościoła, to by chyba zawału dostał a cała znajomość by się poszła przechadzać po gęstym borze.
Ciąg dalszy wizyty - wypytywanie. I standardowe pytanie o chłopaka. A kiedy po raz milionowy odpowiadam, że nie posiadam takowego zwierzątka, zostaje mi posłane dziwne spojrzenie znad stołu. Ale co się dziwić, skoro nawet moje przyjaciółki nie rozumieją instytucji singla. Pod koniec wizyty, koleś do mnie podchodzi, podaje mi rękę na pożegnanie i strzela tekstem: "mam takiego chłopaka... W sam raz dla ciebie, coś koło dwudziestki, niedawno mu mama zmarła, odziedziczył dom. Tylko coś do kościoła nie chodzi, ale ty go nawrócisz. Poznać was?"
Wtedy uśmiecham się radośnie, słodko czerwienię na policzkach, bynajmniej nie z zakłopotania a raczej ze złości i mówię: "Nie, dziękuję, nie skorzystam z pańskiej oferty". Kolejne dziwne spojrzenie. A ja tak sobie myślę... Po co mam się ograniczać do jednego? Ostatnio stwierdziłam, że w moim wieku to nie pora na solidny związek. Lepiej chyba skosztować parę egzemplarzy, żeby wiedzieć co jest dla mnie najlepsze, tak?
Moje kumpeli wiecznie przeżywają kłótnie, rozstania, powroty i inne rzeczy ze swoimi chłoptasiami. A ja wzruszam ramionami na ich żale, bo zwyczajnie się na tym nie znam. Na koniec dodają, że przecież chłopak to fajna sprawa. Ta... Ja podziękuję za te denerwowanie się, stracone chwile na kłótnie i łzy rozpaczy.
Idąc dalej tropem żali, kumpele opowiadają mi różne swoje historyjki z życia, dodając na koniec "ale nie mów reszcie". Więc ja nie mówię, ale w zamian oczekuję tego samego, prawda? Powiedziałam, a raczej zostałam zmuszona do przyznania się, do jednej, małej rzeczy. Zastrzegłam kumpeli, że ma nie mówić, bo nawet jej nie chciałam tego powiedzieć. A ona dzisiaj zaczęła robić dziwne aluzje, przez co reszta patrzyła na nas jak na wariatki. Tak trudno dotrzymać tajemnicy? Ja nie wiem... Oczywiście trochę plotek też było. Każdy ma jakiś ulubiony temat do plotek, najczęściej są tym tematem osoby nieobecne, które powinny były się zjawić. Tak też się stało. Pogadałyśmy o koleżance od sandałów. Kupiła ładną sukienkę na studniówkę, do tego żakiecik, mniej ładny ale nie można mu było niczego dużego zarzucić, zrobiła włosy, pomalowała paznokcie a NAWET musnęła powieki jakimś cieniem a rzęsy tuszem. Ale popełniła pewien poważny błąd, nazwany dalej BŁĘDZIOREM. Otóż tym Błędziorem było ubranie sandałków do rajstop... Już ok, jakoś by to przeszło, gdyby te sandałki nie były na płaskiej podeszwie i nie miały kolorowych paseczków... Przykro było patrzeć, ale cóż, są gusta i guściki.
A kiedy już wszystkie się pożaliły, spojrzały na mnie i padło słynne "mów coś". Ale kiedy tylko otwierałam usta, im zaraz znów się coś przypominało, co oczywiście było ważniejsze, więc co ja tam im będę przerywać. Wychodzę więc na bezproblemową laskę (przecież nie skarżę się na swojego nieistniejącego chłopaka).
A z przyjemnych rzeczy, to zadzwoniłam dziś do fryzjera. I mam teraz niebieskie włosy. Nie całe, tak jak na początku chciałam, ale końcówki i parę pasemek! Jak dla mnie bomba. Przypomniałam tylko mojej mamie jej niedawne słowa: "Jak wrócisz do domu z niebieską głową to cię wydziedziczę". A tu psikus, sama mnie umawiała do fryzjera. Tak więc matki czasem potrafią okazać się pomocne, zwłaszcza jeśli jest się takim urodzonym manipulatorem jak ja. Moja mamusia ma takie specjalne przyciski, które gdy umiejętnie je nacisnąć, uruchamiają szereg funkcji, np.: wyślę ci pieniądze, idź sobie coś kupić, chcesz coś do jedzenia - zrobię, i parę innych, przydatnych w studenckim życiu.
Łazikując dzisiaj po rynku, w nieprzyjaznych warunkach mrozu sięgającego -11 stopni, podszedł do mnie i kumpeli miły pan.
"- Zbieramy pieniążki na herbatkę z prądem.
- Nie mamy wiader z prądem, proszę pana. Studenci biedni są.
- A ja też jestem studentem. Wiecznym.
- To pan studiuje tylko kiedy wiatr wieje?
- Słucham?
- No skoro pan jest wietrzny..."
Pan się uśmiechnął, życzył nam szczęśliwego nowego roku (chociaż mamy luty już, ale to nie szkodzi) i odszedł.
Reasumując (piękne słowo, piękne), posiadanie chłopaka to straszna rzecz, która jest przecież taka fajna, rasizm i homofobia panują, sierota-chłopak z domem to partia dla mnie.
I pamiętajcie: notatki są skarbem narodu!
P.S.
Gołąbki, żelki i M&M'sy to największe dobra we wszechświecie.
P.P.S.
Sarah i Brendzioł będą mieli dziecko z idealnym tyłkiem.
Popatrzcie na tyłek Sarah... Widzicie?
Popatrzcie na tyłek Brendona... Widzicie?
Mam rację.
Uwielbiam twoje P.S'y <3
OdpowiedzUsuńCo do rasizmu, homofobi... dla mnie miłość to miłość, nie ważne w jaki sposób.
O jaaa.... niebieskie końcówki włosów, to musi być zajebiste :3